sobota, 27 lipca 2013

Jesteśmy piękni...


Kiedykolwiek. Trochę chłodno.
"Jestem beznadziejna, nic mi się nie chce. To bez sensu, takie moje życie."
Niedziela, 21 lipca. Niby ciepło, ale wiatr.
"Nie mam właściwie żadnego celu, nie wiem, czemu tu przyjechałam. Oczekiwania?!..."
Poniedziałek, 22 lipca. Cieplej, ale słońce za chmurką.
"Zdjęłam maskę, i co teraz? Czuję... Czy to spokój? Czy to chęć otwarcia serca? Alarm: tracimy ochronę, która na nim była!"
Wtorek, 23 lipca. Fala gorąca.
"Śpiewam? No nie! Czy to moje ręce są w górze? Czy to naprawdę moje serce właśnie zaczyna scalać się w jeden kawałek? Wielki, święty, niesamowity!..."
Środa, czwartek, piątek. Ciepło, przyjemnie, odpowiednia temperatura.
"Ty Mu się zawsze podobasz, jest w tobie zakochany."
"Jestem arcydziełem Boga!"
Sobota, 27 lipca. Materiał przegrzany, ale biomet wciąż korzystny, i to jak!
"No, to schodzimy z góry. Tam było łatwo, teraz level up. Jak to dobrze, że na dole też jest Jezus!"

To w skrócie mój tegoroczny FSM (Franciszkańskie Spotkanie Młodych) :) Nie wiem, jak zmieścić działanie Boga w krótkim poście i nie wiem, jak o tym spotkaniu opowiedzieć, bo wszystkie słowa wydają się takie błahe! Niesamowita moc, która przenika serce. Jezus jest, serio. I kocha tak, że klękajcie narody ;)
Mówi się, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Prawda. To uczucie, kiedy po pięciu dniach mieszkania w namiocie (z najwspanialszymi współlokatorkami pod słońcem, zaznaczam!) bierzesz prysznic we własnej łazience i za chwilę położysz się w wygodnym łóżku pod ciepłą kołderką... Ale jest coś ważniejszego niż to! Wspólna modlitwa, koncerty, spotkania i to, że mam kogoś zadomowionego w serduszku. I dlatego mimo że oczy mi się same zamykają, piszę. Nieważne, że bez ładu i składu :)

"Ponieważ drogi jesteś w moich oczach, nabrałeś wartości i Ja cię miłuję,
przeto daję ludzi za ciebie i narody za życie twoje.
Nie lękaj się, bo jestem z tobą." (Księga Izajasza)

Dobranoc, umiłowani przez Boga! :)

sobota, 6 lipca 2013

Do biegu... gotowi... start!

Hej hej :)
Dzisiaj przyszło mi do głowy takie mądre porównanie, że życie jest jak bieganie (nawet mi się zrymowało). To znaczy trzeba się nad nim nieźle namęczyć, ale zawsze, chociażby małymi kroczkami, musisz posuwać się do przodu, bo jak raz staniesz, to później trudniej będzie ci znowu zacząć biec i nie będzie to już dawało takich efektów jak wcześniej.
Kiedy biegam, stawiam sobie cel. Na przykład: "No, dawaj Kaśka, jeszcze tylko do końca tej ulicy/ścieżki/do tego zakrętu" itd. Wytężam wszystkie siły, nawet te których już dawno nie mam (to dopiero początki;)) żeby tylko dotrzymać tego co sobie powiedziałam. Później mogę nawet umrzeć, ale do tego momentu dobiegnę. Doszłam dzisiaj do wniosku, że tak samo powinnam robić w życiu! Że jak mam jakiś cel, to muszę do niego dążyć, potem niech się dzieje co chce, ale najważniejsze to powiedzieć sobie: "No, Kaśka, jeszcze tylko do...", a później następne "jeszcze tylko..." i następne. Mam nadzieję, że uda mi się to wprowadzić w życie :) Inne olśnienie to takie, że przecież nic nie spada z nieba. Kiedy mówię sobie: tego nie umiem, nie znaczy to, że nie będę tego umieć nigdy. Teraz tego nie umiem, nie wiem, nie potrafię przeczytać iluś tam stron po angielsku szybko albo się wypowiedzieć, ale jeśli tylko włożę w to trochę pracy - czy nie będę mogła kiedyś powiedzieć, że to umiem? Za często wmawiam sobie, i pewnie nie jestem w tym osamotniona, że coś jest nie dla mnie, że nie dam rady, bo teraz to ciężko idzie. Tymczasem "nie od razu Kraków zbudowano", takie fajne zdanie, a tak rzadko dociera do mnie, co naprawdę znaczy: mnóstwo pracy, ale później jaka satysfakcja (to w końcu K-r-a-k-ó-w!) :)
Jednym słowem, trzeba się trochę postarać, tak jak z bieganiem.
Dla mnie bieganie to idealny sposób, żeby się wyładować. W pocie i drodze, którą biegnę zostawiam emocje, to, co mnie boli, rani, dusi, co jest ciężkie i trudne.
W życiu, jak przy bieganiu, różne rzeczy nas bolą. Musimy się liczyć na przykład z zakwasami, ale dzięki nim mięśnie zaczynają przyzwyczajać się do wysiłku. Trzeba się rozgrzać na bieg, jakim jest życie wzięte we własne ręce. Trzeba też dostosować tempo. Ostatnio zaczęłam biegać szybciej niż na początku, dlatego też szybciej się męczę i po pewnym czasie muszę zwolnić. Gdybym zwiększała je powoli, po trochę, byłoby lepiej.
I najważniejsze: oddech. W bieganiu trzeba zwracać na niego uwagę bardziej niż na poruszanie nogami czy dobrą muzykę w uszach. W życiu, wiadomo, powietrze = Ruah, Duch Święty = Bóg :) Bez Niego to, co osiągniemy "nogami", czyli naszymi wysiłkami, będzie bezużyteczne, bo przecież nie można efektywnie biegać (żyć) z urywanymi wdechami i wydechami. A przecież każdy chce żyć (biegać) efektywnie, a nie "na pół gwizdka"! :)
No to... do biegu... gotowi... start! A na koniec:

"Chciałbym w cieniu drzew przystanąć na chwileczkę
łyk powietrza wziąć do ust
wdech i wydech, wdech
i sam się z siebie śmieję
nie tak łatwo dać na luz

Biegnę jak do mety maratończyk
ale nie wiem, jak ten bieg się skończy

Co mnie wiecznie gna
nakręca jak sprężynę
chyba nie wiem sam
i ciebie też nie winię
więc ty o to nie wiń mnie
biegnę niby długodystansowiec
czy tym tempem da się wszędzie dobiec
martwisz się, że skończę źle
więc poprowadź mnie
pokaż w życiu cel

Dokąd niesie mnie szalona wyobraźnia
przez bezdroża, piach i kurz
mówią ludzie, że do rozdwojenia jaźni
nie potrzeba serc mieć dwóch"
(F. Andrzejczak - "Biegnę jak maratończyk")