Zrobiło się nagle cicho i ciemno, jakby ktoś powyłączał wszystkie światła na ziemi, łącznie i zwłaszcza z księżycem, który wydawał się mieć w głębokim poważaniu to, co przeciętny człowiek chciałby zrobić z jego pomocą i po prostu się schował. Ze słońcem i księżycem jednak nie można bawić się w chowanego, bo one zawsze wygrywają. Przyniosłam z domu małą latarkę i zaczęłam wspinać się na górę. Ktoś, kto zobaczyłby mnie w tym momencie, pomyślałby "wariatka" albo "co ona wyprawia?" i miałby zupełną rację. Próbowałam wdrapać się na wzgórze o pierwszej trzydzieści dwie, w dopiero co zaczynający się piątek, najprawdopodobniej w najciemniejszą noc tego roku. Nie byłam dziewczyną, która ma nierówno pod sufitem, a przynajmniej nikt mi tego do tej pory nie powiedział, więc wytłumaczenie mogło być tylko jedno: po prostu musiałam.
Dookoła mnie rozciągał się las, którego w dzieciństwie zawsze bardzo się bałam. Uważałam, że mieszkają tam potwory, które pragną mnie pożreć jak tylko wyjdę z domu. Długo, oj długo zajęło mojej mamie przekonywanie mnie, że nikt nie chce mnie zjeść, a już na pewno nie w środku dnia, kiedy wszystkie grzeczne dzieci idą do przedszkola albo do szkoły, a dorośli do pracy. Cóż, miałam niezłą wyobraźnie jak na takiego szkraba. Teraz las wydawał się niesamowicie straszny, ale już się go nie bałam, bo wiedziałam, że nic mi się nie może stać. Przecież teraz to ja byłam dorosła, teraz to ja napędzałam świat.
- Huuu, huuu! - gdzieś daleko odezwała się sowa. Zaraz po tym poczułam blisko twarzy trzepot skrzydeł, który na szczęście po chwili się oddalił. Na razie szłam płaską ścieżką, ale widziałam już początek stromego wzniesienia. Latarka dawała słabe światło.
- Nie
mogę
się
poddać,
nie
mogę
się
poddać.
– zarecytowałam,
a
że
wydało
mi
się
to
głupie,
zaczęłam
śpiewać.
– Nie
poddaję
się,
nie
mogę,
nie,
nie,
nie!...
Wydawanie
z
siebie
jakichkolwiek
dźwięków
w
lesie
w
środku
nocy,
gdzie
o
tej
porze
większość
rozsądnych
ludzi
spodziewa
się
zaczajonych
pedofili
albo
innego
rodzaju
zboczeńców,
albo
całkowicie
nawiedzonych
starszych
kobiet,
które
przygotowują
swoje
mikstury,
a
później
odlatują
na
miotłach
w
niebyt
(no,
dobrze,
trochę
poniosła
mnie
wyobraźnia),
było
naprawdę
odważną
sprawą.
Nie
czułam
się
jednak
taka
wyjątkowa.
Chciałam
po
prostu
wdrapać
się
na
sam
szczyt.
Droga
ciągnęła
się
niemiłosiernie,
ale
nie
przestawałam
iść.
Po
dwóch
minutach
od
momentu,
gdy
ścieżka
leśna
zmieniła
się
w
szlak
górski,
zaczęłam
liczyć
własne
kroki,
żeby
się
nie
potknąć
i
nie
spaść.
Bądź
co
bądź
była
noc,
a
ja
nie
należałam
w
tym
czasie
do
osób,
które
ucinają
sobie
poobiednie
drzemki,
żeby
później
czuwać.
Dziwicie
się
pewnie,
dlaczego
szłam
tam
sama,
czemu
nie
wzięłam
ze
sobą
kogoś
innego,
skoro
moja
wyprawa
musiała
się
już
odbywać
o
tak
nietypowym
czasie.
To
proste:
nie
pomyślałam
o
tym.
W
chwili,
gdy
wpadł
mi
do
głowy
pomysł,
żeby
się
tu
wspiąć,
nie
było
przy
mnie
żywej
duszy,
więc
teraz,
wiedziona
nadzieją,
że
jednak
sobie
poradzę,
też
nie
sądziłam,
by
ktokolwiek
inny
mógł
mi
się
przydać.
To
głupie,
powiecie.
Pewnie,
że
tak.
Loty
w
kosmos
też
wydawały
się
głupie,
a
teraz
wszyscy
się
nimi
zachwycają.
Moja
filozofia
jest
prosta:
jeśli
nie jesteś szczęśliwy dziś, nie będziesz nim też jutro.
Po
godzinie
unikania
wystających
korzeni
i
świecenia
latarką
po
tak
zwanej
okolicy
(w
razie
gdyby
jednak
jakieś
zwierzątko
chciało
mnie
zaatakować),
postawiłam
stopę
na
pierwszym
równym
terenie.
Od
razu
zrobiło
mi
się
przyjemniej.
Zaczęłam
szukać
jakiegoś
miejsca,
gdzie
mogłabym
na
chwilę
usiąść.
Wokół
mnie
trwała
cisza,
zakłócana
tylko
przez
szum
trawy.
Byłam
na
otwartej
przestrzeni.
- Co
tu
robisz?
– zabrzmiał
czyjś
gruby
głos.
Serce
podskoczyło
mi
do
gardła.
Czyżby
opowieści
o
zboczeńcach
miały
w
sobie
coś
z
prawdy?
Potrząsnęłam
głową.
Głupia,
pomyślałam,
jesteś
w
górach,
nie
w
jakimś
zwykłym
lesie.
Nie
dodało
mi
to
jednak
otuchy.
Szybko
zlustrowałam
teren
światłem
latarki.
Mężczyzna
przysłonił
oczy.
- Hej,
jestem
tu
pokojowo!
– zaśmiał
się
i
podszedł
do
mnie
bliżej.
– Błagam,
nie
chcę
oślepnąć.
Miał
krótkie,
ciemne
włosy,
ale
nie
wyglądał
jak
jeden
z
amantów
filmowych.
Krzywe
zęby
wystawały
zza
pełnych
warg,
które
co
chwilę
oblizywał.
Ręce
zaczęły
mi
drżeć.
Broń
Boże
nie
daj
tego
po
sobie
poznać,
ostrzegałam
samą
siebie.
Jeszcze
gotów
pomyśleć,
że
się
go
boisz.
Zapewnienie,
że
jest
tu
pokojowo,
nie
miało
dla
mnie
najmniejszego
znaczenia.
Co
to
w
ogóle
za
słowa,
w
środku
w
nocy
w
górach?
Skąd
ten
typ
się
tu
wziął?
Do
tej
pory
uważałam,
że
tylko
ja
wpadam
na
tak
szalone
pomysły.
Jak
widać
– pomyliłam
się.
- Umiesz
mówić? - zapytał, robiąc jeszcze jeden krok w moją stronę.
Ostrzegawczo wysunęłam rękę z latarką do przodu.
- Ani
kroku dalej. - powiedziałam, a mój głos zabrzmiał jak jęk
zgubionego zwierzątka. Mimo to przybrałam groźną, wydawało mi
się, bojową minę.
- Daj
spokój, kobieto. - powiedział poważnie. Po obejrzeniu co najmniej
tysiąca horrorów moje wyobrażenie o takich scenach wyglądało
zgoła inaczej. Mógłby na przykład rzucić się na mnie, wydając
dziki okrzyk. Albo udać, że daje nogę, a tak naprawdę zaczaić
się i dopiero po chwili mnie unieruchomić. Nic z tego, ten gość
po prostu stał i mówił do mnie! - Nie wiem, co tu robisz, ale ja
tu mieszkam, więc jeśli ci to nie odpowiada, to proponuję zejść
po jakąś broń, bo tym na pewno mnie nie załatwisz.
Zrobiłam
wielkie oczy.
- Mieszkasz
TUTAJ?!
Rozejrzałam
się. To był górski szlak, prowadzący na jedno z najbardziej
stromych wzniesień w okolicy. Żadnych jaskiń i różnych takich. W
dzień to miejsce było pełne turystów, którzy ciężko dyszeli i
ostatkami sił wdrapywali się na górę. Poza tym tylko trawa i na
dole las. A może...
- Mieszkasz
w lesie? - moja ciekawość zdecydowanie zwyciężyła nad strachem
przed nieznajomym. Zaśmiał się.
- Dobrze
dedukujesz. Jestem wilkołakiem, a teraz wyszedłem sobie na
spacerek.
- Słaby
żart.
Wpatrywałam
się w niego i miałam świadomość, że wyglądam całkowicie
głupio, ale czy on nie wyglądał równie beznadziejnie, w dodatku
wmawiając mi takie rzeczy?
- No
dobrze. - westchnął. - Mieszkam tu w nocy, rozbijam namiot. A rano
udaję, że się wspinam, tak jak wszyscy.
- Dlaczego?
- to jedno pytanie mnie nurtowało. Jak tu przeżywał, nie było aż
takie ważne, ale po co?
- Nie
jestem dobry. Nigdy nic w życiu mi nie wyszło. Zawsze byłem krok
do tyłu, za innymi. Niedawno wybrałem się tutaj, żeby wyjść na
górę, ale po pokonaniu pierwszego odcinka zobaczyłem, że koledzy
idą szybciej ode mnie. A ja nie mogłem złapać tchu. Pomyślałem,
że w takim razie mogę tu zostać. I tak zawsze będę gorszy, więc
zostanę na tym, co już mam. - uśmiechnął się blado.
Zaniemówiłam.
Ten mężczyzna miał najwyżej dwadzieścia kilka lat, a mówił o
swoim życiu jak o największej przegranej. To było zdecydowanie
dziwne.
- Może
usiądziemy? - zaproponował po chwili milczenia. Właściwie
chętnie poszłabym już dalej, bo miałam do przejścia jeszcze
sporo, ale nie mogłam tak tego zostawić. Skinęłam głową i
przeszliśmy na trawę, gdzie był rozłożony koc. Usiedliśmy na
nim.
- A
ty? - usłyszałam nagle.
- Co
ja?
- Co
ty tutaj robisz? To nie jest jedna z tych nocy, kiedy ludzie idą
oglądać wschód słońca albo coś w tym rodzaju. Strasznie dziś
ciemno.
Westchnęłam.
- Masz
rację, ale nie uzyskasz ode mnie mądrej odpowiedzi. Po prostu nie
wiem.
- Jak
to nie wiesz? - w jego głosie było szczere zdziwienie.
- To
głupie, ale poczułam, że muszę dzisiaj wejść na górę. To
wszystko.
Zapadła
cisza. Znowu można było usłyszeć szum trawy, którą delikatnie
poruszał wiatr. Jest tu pięknie w dzień, pomyślałam. Dlaczego
wybrałam najciemniejszą noc?
- Chowasz
się. - powiedział mężczyzna.
- Wcale
się nie... - zająknęłam się, a później poczułam coś słonego
na wargach. No tak, moja funkcja szybkiego wywoływania płaczu jest
niezawodna nawet wtedy, gdy jej nie chcę. Próbowałam zasłonić
twarz włosami. Nagle zdałam sobie sprawę, że to przecież tak
ciemna noc, że na pewno nic nie będzie widać.
- Chowasz
się i uciekasz. Tylko przed czym?
- Przed
samotnością. - szepnęłam.
Następny
odcinek drogi po szlaku przeszliśmy w milczeniu. Tak, mężczyzna
poszedł ze mną. Uprosiłam go, żeby chociaż spróbował. Bardzo
się ociągał, ale w końcu, czy ktoś może odmówić kobiecie w
środku nocy, z wycelowanym prosto w oczy światłem latarki? Chyba
nie.
Noc
była rzeczywiście ciemna, ale szłam dokładnie tam, gdzie mój
towarzysz stawiał nogi, więc tylko kilka razy lekko się potknęłam.
Patrzyłam na plecy mężczyzny i słyszałam jego ciężki oddech,
który próbował zatuszować. Nie chciał okazać się mięczakiem,
który nawet w nocy (temperatura nie była zbyt wysoka, mówiąc
delikatnie) nie potrafi wyjść pod górę. Jednak po drugim
podejściu już dyszał.
- To
nie ma sensu, mówiłem, idź beze mnie dalej. - jęczał.
Zasłoniłam sobie uszy, śmiejąc się.
- Nie
ma takiej opcji. Albo wejdziesz, albo zabieram twój namiot i nie
będziesz miał gdzie spać. - zagroziłam, chociaż nie zabrzmiało
to zbyt przekonująco. On jednak widocznie nie miał wcale zamiaru
zrezygnować, bo tylko przetarł dłonią czoło i powiedział:
- No
to ruszamy.
Droga
ciągnęła się wśród traw, a kamienie pod naszymi stopami równo
postukiwały, kiedy je przesuwaliśmy. Nie była to najłatwiejsza
wędrówka, ale tempo dorównywało temu, jakie moglibyśmy osiągnąć
w dzień. Przy trzecim podejściu ze zdziwieniem zauważyłam, że
księżyc jednak wisi na niebie i daje światło. Co za ulga. Więc
jednak nie była to najciemniejsza noc, co najwyżej trochę
ciemniejsza niż pozostałe.
Na
szczycie zaparło mi dech w piersiach. Nie od nadmiaru świeżego
powietrza, ale po pierwsze dlatego, że mój towarzysz przy ostatnich
trzech krokach włożył w nie tyle wysiłku, ile tylko w sobie miał,
a później uśmiechnął się najszerzej jak umiał. Po drugie
dlatego, że poczułam się wolna, naprawdę wolna, od całego tego
życia, które wydawało mi się takie straszne tam, na dole. Tutaj
było po prostu pięknie, chociaż nie było widać prawie nic. W
ciemności zobaczyłam, jak mężczyzna podchodzi do mnie.
- Nie
mogę uwierzyć, że tu doszedłem.
Popatrzyłam
na niego i przyszły mi do głowy słowa, których w normalnych
warunkach pewnie nigdy bym nie powiedziała:
- Nie
mogę uwierzyć, że nie jestem tu sama.
Później
usiedliśmy tam, gdzie staliśmy, tak po prostu, i ramię w ramię
słuchaliśmy ciszy, aż zrobiło się jasno i mogliśmy zejść na
dół. Mijaliśmy ludzi, którzy z samego rana postanowili wydrapać
się na szczyt. Pomyślałam o tym, po co oni idą na szczyt i co ze
sobą niosą. Może brak wiary w siebie albo samotność,
zniechęcenie albo smutek? Pozdrawiałam ich i cieszyłam się, że
mogę widzieć ścieżkę i nie potrzebuję już latarki.
Moja
filozofia jest prosta: jeśli nie jesteś szczęśliwy dziś, zrób
tak, by być nim jutro.