czwartek, 5 grudnia 2013

Komplementy

http://streemo.pl/Image/567633.jpg

Jedząc bananowe musli z kawałkami czekolady, czekając z niecierpliwością na 135km/h ze śnieżycą i zastanawiając się, czy mój komputer może zawieszać się JESZCZE częściej, przeczytałam "zadanie do zrobienia" z internetowych adwentowych rekolekcji. Trzeba stanąć przed lustrem i przez określony czas mówić sobie komplementy. Phi, myślę sobie, w sumie nic trudnego, zawsze można coś wymyślić. Ale im dłużej się stoi, tym mniej przychodzi do głowy. Zaczyna się od banałów w stylu "masz ładne oczy", "całkiem niezły nos", "fajnie się uśmiechasz", a przy okazji dostrzega się pięćset milionów swoich wad. "Nie mam dołeczków w policzkach" (tak, to mój problem!;)), "jakieś za duże te oczy", "eee, brzydkie zęby" i tak dalej. Kiedy już przez to przejdziesz, zastanawiasz się pewnie tak jak ja: "kurczę, a tak naprawdę to jaka jestem?" Nie chodzi o jakieś filozoficzne rozkminy, tylko o to, co w nas siedzi, co sprawia, że nie umiemy wymienić na przykład dziesięciu swoich zalet. No, spróbuj. Długie rzęsy, ładny kolor oczu. O, krzywy nos. Długie rzęsy, ładny kolor oczu, fajne brwi. Nie, ta lewa brew jest beznadziejna, no i ten krzywy nos...;) I tak dalej. Nie każdy jest Monicą Bellucci albo Bradem Pittem, więc przenieśmy to na charakter. Jak trudno jest wymienić dziesięć swoich najlepszych cech charakteru! Powiedz sobie, że jesteś inteligentna/y, współczująca/y, koleżeńska/i - da radę. Ale zacznij mówić sobie jeszcze więcej takich rzeczy...;) Może takie nastawienie dotyczy tylko osób ze zbyt niską samooceną, może. Ale myślę, że każdy z nas ma zawsze z jednej strony krytyczne spojrzenie na siebie. I bardzo dobrze! Tylko żeby nie przesadzić, prawda?...

http://czarownicazla.blox.pl/resource/_komplement.gif

...ani w jedną, ani w drugą stronę :))

środa, 6 listopada 2013

Niespodziankowo

http://scouteu.s3.amazonaws.com/cards/images_vt/merged/have_only_nice_surprises_11.jpg

Hej kochani :) Dziś, mimo zniechęcenia pogodą i wczesnym wstawaniem, przyszło mi do głowy, że życie z Bogiem, życie w ogóle, ciągle nas zaskakuje. Powiecie, że to nic nowego, i pewnie będziecie mieli rację, ale dla mnie to jest bardzo miłe odkrycie. Nasza planeta powinna nazywać się nie Ziemia, a Niespodziankowo ;) Przykłady mogłabym mnożyć, bo w sumie każdego dnia jestem zaskakiwana i z racji tego, że wierzę, myślę, że to ewidentne "pole do popisu" dla Boga, ale do rzeczy. Wybrałam się dzisiaj (wyjątkowo:p) na wykład nie na moim wydziale, konkretnie mówił George Weigel. Pewnie dobrze znacie to nazwisko, ale (tak, wiem, wiem) o nim nie wiedziałam prawie nic (prawie!), dopóki nie usłyszałam o czym dzisiaj mówił. Później oczywiście wszystko wygooglowałam i co się okazało? Napisał kilka książek o Janie Pawle II i całe mnóstwo innych o wierze. A wiecie, z jakiego powodu poszłam na ten wykład? Żeby posłuchać jak mówi, no bo to amerykański akcent, wiecie. Spodziewałam się generalnie wykładu o polityce, może w ciekawym stylu. Wow! Niespodzianka. A już miałam nie iść, już sobie myślałam: brzydka pogoda, daj spokój...
Może to nie jest sztandarowy przykład, ale już nie będę przywoływać w pamięci innych, myślę, że wy też mieliście i macie dużo takich pozytywnych sytuacji, kiedy coś z pozoru wydaje się inne, niż jest w rzeczywistości. Chętnie ich posłucham:)
Link do książki, m.in. którą napisał George Weigel: http://books.google.pl/books?id=op5D0M4XjgQC&pg=PA1&source=gbs_toc_r&cad=4#v=onepage&q&f=false
Trzymajcie się!

czwartek, 31 października 2013

Keep calm


Kochani :) Niewiele jest chyba takich osób, które nigdy w życiu nie słyszały stwierdzenia "keep calm and..." (wstaw cokolwiek). Jednak tak w praktyce, jakby na to nie patrzeć, jest nam ciężko zachować spokój. Nie denerwuje cię, jak mnie, zawieszający się po raz setny komputer? Jesteś w stanie nie nakrzyczeć na coś/na kogoś przez miesiąc? Nie irytuje cię, jak mnie, codziennie (no, powiedzmy co jakiś czas) ktoś w tramwaju? Nie wchodzę już w tematy polityczne ;) Mnóstwo ludzi na całym świecie zostaje wyprowadzonych równowagi przez byle głupstwo, serio. I, co jest jeszcze chyba gorsze, żyje w ogromnym stresie. Nie takim, że stresujesz się przed egzaminem albo innym ważnym wydarzeniem, tylko takim codziennym, z którym się budzisz i z którym zasypiasz, a który nie wnosi nic dobrego do twojego życia. Wiecie, na przykład, stres brakiem pracy, a jak już masz pracę, to stres żeby jej nie stracić, stres pieniędzmi, których nie masz, a jak je masz, to stres żeby nie za szybko je wydać, stres pod tytułem "co to będzie, jeśli..." Jak się w takim czymś miotamy! Stres, stres, stres. Nikomu to nie jest obce. Ale ostatnio (i stąd właściwie wziął się ten post) przeczytałam kilka fragmentów: "Zachowaj spokój serca i bądź cierpliwy", "Bądź Mu wierny, a On zajmie się tobą, prostuj swe drogi i Jemu zaufaj!", "Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać.(...)Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one?(...)Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy."* Czyli Bóg ma dla nas propozycję nie do odrzucenia, żebyśmy się nie stresowali, tylko spokojnie pracowali, pracowali co sił nad tym, na czym nam zależy, a On nam będzie pomagał. Jest nadzieja :)
So keep calm :)

*cytaty z księgi Mądrość Syracha i Ewangelii wg św. Mateusza

wtorek, 8 października 2013

"Właśnie nadeszło Kiedyś..."

"Właśnie nadeszło Kiedyś i nic się nie zgadza." (Wojciech Kuczok)

Hej kochani :) Minął pierwszy tydzień studiów jak z bicza strzelił, nawet nie zauważyłam kiedy. Ten cytat wyżej trochę kłamie, bo właściwie wszystko jest tak, jak sobie wyobrażałam, tylko lepiej ;) Ludzie, z którymi wcześniej nie wymieniłabym nawet "cześć" na ulicy teraz tworzą razem ze mną team, angielskie słownictwo już mi się - jak widać - udziela, w tramwajach wydaje mi się, że wszyscy mówią po angielsku i tylko gramatyka jak słońce jeszcze ukryta za chmurami. Na fonetyce świat lgnie (?!) co chwilę w gruzach, bo "tego wcale się tak nie mówi jak uczono od podstawówki", ale na pocieszenie zawsze można zaśpiewać "I'm singing in the rain" albo ponaśladować angielską świnię, która robi "oink"... Słowem: żyć nie umierać :)
Tak sobie myślę, że ten rok zaczął się naprawdę dobrze. Oby tak było dalej! Bo każdy dzień to jak nowa niespodzianka od Niego :)


środa, 25 września 2013

Obrazy


źródło zdjęcia: http://static2.medforum.pl/cache/logos/tasma%20filmowa-W243H184.jpg

Tak mi przyszło do głowy, nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale mam wrażenie, że ze wszystkich zdarzeń w życiu, najczęściej zostają nam po prostu obrazy. To, co sobie później przypominamy, to nie jest plan wydarzeń jak do wypracowania z lektury, to nie jest dokładny zapis cyfr po przecinku jak przy liczbie pi, to jest migawka, jak w filmie, jak w trailerze. Może mężczyźni mają inaczej, może nie wszystkie dziewczyny tak mają, ale u mnie przy najważniejszych wspomnieniach pojawiają się najpierw obrazy. Czyjś uśmiech, wyciągnięta dłoń, zapach, kluczowe słowo, które zaważyło na całej rozmowie. Czy to nie jest genialne? Pamiętamy tyle pięknych rzeczy! Poza tym, jeśli już o to chodzi, mam pamięć do szczegółów, może nie jakąś wybitną, ale jednak - kto w co był ubrany, jaka była pogoda albo dzień, albo pora dnia, albo godzina... Gorzej z imionami ;) I to się tak wszystko odtwarza, jak filmik, w głowie. I chociaż kilku rzeczy - jak każdy - wolałabym raczej nie pamiętać, to cieszę się, że zostają obrazy, które tworzą moją historię. Jedyną, niepowtarzalną. Na zawsze! :)

piątek, 20 września 2013

Dobrze, że jesteśmy!

Hej kochani :)
Chwilę musieliście czekać na ten post. Najpierw byłam w Zakopanem na wypadzie rekolekcyjnym, a później zwyczajnie brakowało mi weny żeby coś tu napisać, ale już jestem, cała i zdrowa ;) Chociaż niestety jak jestem przez chwilę w Krakowie czuję to "coś" w powietrzu, smog i te sprawy. Ale nie o tym. Cały ten ostatni wyjazd można by było określić tak: jak to dobrze, że jesteśmy! Jeszcze jeden raz zobaczyłam jakie to piękne mieć koło siebie osoby, na które zawsze można liczyć, które dają sobie nawzajem to co mają najcenniejszego czyli czas, radość i pomocną dłoń. To jest naprawdę niesamowite :) Kiedy ktoś pyta codziennie rano, jak się masz, czy wszystko ok, kiedy ktoś pamięta, tak zwyczajnie, prawie jak mama i tata w domu ;) Mam nadzieję, że też takie osoby macie. Pamiętacie słowa piosenki, które leciały: "cieszmy się z małych rzeczy..."? Nie najlepszy cytat, ale o to właśnie chodzi jak dla mnie w ostatnim czasie, staram się dostrzegać najmniejsze, najdrobniejsze rzeczy, które mi się udają, z których jestem zadowolona, a wtedy te przykre nie wydają się takie straszne. W końcu, po co patrzeć na chmury, kiedy obok nich świeci piękne słońce? I wiecie, obojętne co robicie, czy uczycie się, czy pracujecie, czy odpoczywacie... dobrze, że jesteście :)
Jeszcze kilka słów. Pierwsza rzecz jaka mi przyszła dziś do głowy to taka, że dzieci są super! Mówiłam to już chyba 1000 razy, ale naprawdę, tyle radości ile jest w tych małych ludziach to nie ma nigdzie. I tyle zaufania, wiecie, takiej dziecięcej pewności, że nic się złego nie stanie, nawet jeśli zamiast mamy potrzymam za rączkę kogoś innego - tyle zaufania do dorosłych! ;) Druga rzecz, która mi dzisiaj siedzi w głowie to taki zachwyt nad muzyką, nie tak ogólnie, tylko nad tym ile spokoju może dać tworzenie-odtwarzanie muzyki. Tak sobie pomyślałam grając na gitarze. Zawsze, po prostu zawsze kiedy gram, to choćbym miała nie wiem jak dziwny dzień, poprawia mi się humor :)I na koniec pochwalę się, że zrobiłam porządki w papierach i papierzyskach z tamtego roku. Już tak coraz większymi krokami, jeszcze nieoficjalnie zbliża się nowy rok akademicki. Ciekawa jestem, co dobrego przyniesie :)

czwartek, 5 września 2013

"Łapanie" szczęścia

Poszukiwania czterolistnej koniczyny, łapanie białych pyłków unoszących się w powietrzu, unikanie czarnych kotów, które uwielbiają przebiegać ludziom drogę - znamy tysiące jeśli nie miliony sposobów żeby zapewnić sobie szczęście. Co to jest? Ciężko powiedzieć. Porwałabym się z motyką na słońce, gdybym próbowała odpowiedzieć na to pytanie. Jedno jest pewne: dla każdego szczęście oznacza coś innego, a nawet dla jednej osoby często ma inne znaczenie. Kiedyś napisałam tak:
"Szczęście to najtrudniejsze uczucie do opisania. Kiedy jest się smutnym albo złym, zrozpaczonym i nagle nienawidzi się wszystkiego wkoło - wtedy papier nie może pomieścić tych wszystkich słów, które na niego się przelewa. A kiedy jest się tak bardzo radosnym, dlaczego tak trudno o tym pisać? Może po pierwsze dlatego, że szczęście to rzecz niewyobrażalnie krucha. W jednej chwili jest, w następnej gdzieś ucieka, błądzi pomiędzy ludzkimi duszami i naprawdę jest niezdecydowane, gdzie ma zostać na dłużej. Dlatego waha się, miesza ludziom we wnętrzach, a na końcu i tak odchodzi w nieznane. I za jakiś czas wraca, ale już nie takie samo, trochę bardziej wyrafinowane, zmodyfikowane, nauczone doświadczeniem. (...) To jest - zaryzykuję - nawet światopogląd, sposób patrzenia na siebie i na drugiego człowieka. Ktoś kiedyś powiedział, że najważniejszym człowiekiem jest zawsze ten, kto stoi przede mną. (...) Zwykły uśmiech, podanie dłoni, słowo otuchy nic nie kosztuje. To jest właśnie największa tajemnica szczęścia: dzieląc się, wciąż zyskiwać."
Teraz pewnie napisałabym to troszkę inaczej, zresztą, nie podchodząc tak filozoficznie, mogę powiedzieć, że szczęście to kochać i mieć kogoś, kto ciebie też kocha (a w ogóle to przecież relacja z Jezusem, z Bogiem jest taka, bo On nigdy nas nie przestaje kochać), i być dla siebie i dla innych kimś dobrym. Mieć taką świadomość, że chociaż nie wszystko zawsze jest ok, to jest codziennie mnóstwo drobnych, zwyczajnych rzeczy, z których można się cieszyć. Szczęście nie jest bezproblemowe, ale jest na pewno piękne i pięknie jest być szczęśliwym dlatego, że się jest :)
Istnieje takie powiedzenie: "głupi ma szczęście". Głupie jest samo powiedzenie, ale gdyby je trochę zmodyfikować to każdy ma szczęście, bo to, że się ma szczęście (dobre zdarzenia itp.), to przecież nie jakiś los, tylko plan Boga w naszym życiu, najlepszy, wymyślony dla każdego :) W końcu prawdziwe szczęście czeka na nas w niebie, tam będziemy szczęśliwi na serio, wiecie? To co mamy teraz to taka - fajna - ale tylko namiastka :)
A na koniec:
"Od czasu do czasu dobrze jest zrobić sobie przerwę w poszukiwaniu szczęścia i po prostu być szczęśliwym." (G. Apollinaire)
I tego się trzymajmy :) I jeszcze:



poniedziałek, 2 września 2013

Póki mamy czas, czyńmy dobro! :)

Wrzesień! Tak mi się dzisiaj zrobiło głupio, że wszyscy wkoło idą do szkoły, a ja leniuchuję, że wstałam prawie dwie godziny szybciej niż zwykle ;) Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, naprawdę nie wiem, gdzie uciekły te dwa miesiące wakacji, a zwłaszcza sierpień. Minęło jak jeden dzień :)
I zaczynają się nowe obowiązki. Wśród tych narzekań (tysiące obrazków o feralnym poniedziałku, chociaż przecież nie było poniedziałku 1 września, tylko 2, to już jakieś pocieszenie) pomyślałam sobie nie po raz pierwszy, że człowiek to jest taka dziwna istota: jak ma wakacje narzeka, że się nudzi, a jak musi iść do szkoły czy pracy narzeka, że nie ma wakacji; jak świeci słońce narzeka, że za gorąco, a jak pada deszcz, że za zimno. A może tylko my Polacy tak mamy? ;)
W każdym razie dzisiaj miała być brzydka pogoda, a okazało się być nie najgorzej i nawet zaświeciło słońce. Wczoraj z okazji niedzieli piekłam ciasteczka, a dziś z okazji nowego roku szkolnego zjadłam pizzę i tak sobie myślę, że ta moja dieta jeszcze będzie musiała chwilkę poczekać ;)

Moje opowiadanie rzutem na taśmę znalazło się tutaj: http://chomikuj.pl/konkurs_literacki/zgloszenia ("Jeśli nie jesteś szczęśliwy dziś..." kasia1381), więc jak znajdziecie chwilkę bardzo was proszę o głosy! A poza tym mam nieustające deja vu - niedługo zaczynam nowy rok, po raz drugi I rok :) Coś czuję, że to będzie naprawdę dobry czas, tyle mam już planów w głowie ;)
No to przez ten ostatni miesiąc (ci, co jeszcze mogą, albo chociaż przez pół) zróbmy coś naprawdę fajnego (prawie wszystkie pomysły są fajne), a później...

Fioretti - Póki mamy czas

czwartek, 29 sierpnia 2013

Zamknąć oczy


Hej kochani :) Jadąc sobie dzisiaj autobusem i patrząc przez okno pomyślałam sobie, jakie to fajne, że mogę patrzeć! Że mogę widzieć wszystko wkoło i podziwiać, że nie jestem niewidoma, że świat ma dla mnie nie tylko zapachy, ale też barwy. Że widzę dziś prawie granatowe niebo i słońce, które mimo tego świeci. To naprawdę niezłe odkrycie ;)
Ale ten post wziął się z czegoś innego. Mam wrażenie, że czasami, widząc mnóstwo rzeczy, niczego nie widzimy. A raczej nie widzimy najważniejszych rzeczy, tylko same codzienne głupotki, które nam je zasłaniają. Kompleksy, uprzedzenia... Przeczytałam gdzieś w internecie takie zdanie:
Czasami, żeby coś zobaczyć wystarczy po prostu zamknąć oczy.  
Od razu skojarzyła mi się ta piosenka, którą widzicie wyżej. Refren do niej brzmi: 
"Bo widzę miłość, widzę miłość gdy zamykam oczy."
To chyba każdy musi sam odkryć, co mu co zasłania. A może zrobić sobie ćwiczenie, zamknąć oczy i... zobaczyć? Sama nie wiem, co można o tym jeszcze napisać, to takie zwyczajne i takie niesamowite :)


wtorek, 27 sierpnia 2013

Play!

"Wszystko zaczyna się od twojej decyzji. Jeśli postanowisz zmienić swoją historię, odnajdziesz szczęśliwe zakończenie." (Regina Brett)

Zabrzmiało trochę jak Coelho, ale to jest chyba to, co przyszło mi do głowy wczoraj kiedy chciałam obejrzeć filmik. Zaczęło się od tego, że załadował się, a ja dopiero po kilku sekundach wpadłam na to, że trzeba jeszcze nacisnąć "play", bo się sam nie uruchomi:) Czy nie jest tak samo w życiu? Zawsze byłam taką osobą, która dużo mówi, a mało z tego, co mówi, realizuje. Znacie to? Coś na zasadzie: "jutro pobiegam", "od jutra zacznę się odchudzać", "muszę wreszcie coś zrobić z...", "na pewno coś z tym zrobię" i tak dalej. Urosło to w ogromną górę zdań, których wspólnym mianownikiem jest to, że są tylko słowami, a nie czynami. Bo rzadko udawało mi się następnego dnia pobiegać, zacząć się odchudzać, zrobić coś z rzeczą, która tego wymagała. Po prostu. I naprawdę dużo pamiętam rozmów w stylu:
- Muszę (...)
- Jakbyś codziennie o tym nie gadała, już dawno byś to zrobiła.
Aż w końcu któregoś dnia odbyła się taka wymiana zdań:
- Chciałabym być (...)
- To bądź.
I coś mnie olśniło. Chcesz coś zrobić - to zrób. Chcesz zostać prawnikiem, sportowcem - zostań, chcesz się czegoś nauczyć - naucz się. Tylko zacznij. Chcesz obejrzeć film - wciśnij play. Decyzja. Ruch. Moją drugą chorobą zaraz obok tej pierwszej jest mówienie "nie nadaję się do tego". To prawda, że są rzeczy, do których nie mamy za grosz talentu, ale są też takie, które już zaczęliśmy robić, ale nie kontynuujemy, bo wmawiamy sobie, że nie jesteśmy w tym dobrzy (o matko, ile jest takich rzeczy...) Co do tych ostatnio usłyszałam takie zdanie, które powiedział ks. Pawlukiewicz: "Nie nadajesz się - to znaczy, że się nadajesz." I już życie jest prostsze:)
Hm, jak już tak piszę to podzielę się z wami jeszcze czymś, co w ciągu ostatnich dwóch tygodni jest dla mnie megaodkryciem:) Modlę się i wtedy albo tak w ogóle, przychodzą mi do głowy różne pragnienia, marzenia, na przykład któregoś dnia rano pomyślałam sobie, że chciałabym wziąć udział w warsztatach wokalnych, no, trochę "podrasować" śpiew, ale taki liturgiczny (moje "nie nadaję się" -> patrz wyżej). Zaczęłam szukać czegoś na ten temat, ale nie bardzo mi szło. Wieczorem znajoma przysłała mi zaproszenie na facebooku na takie właśnie wydarzenie. Innego dnia zapytałam koleżankę o pewną grupę, a ta odpisała mi, że spadłam jej z nieba, bo właśnie organizują rekolekcje i będę potrzebna. Dzisiaj, grając na gitarze, pomyślałam, że od nowego roku znajdę jakąś scholę, żebym mogła te wszystkie piosenki, co je umiem, jakoś wykorzystać - dostałam maila o podobnym projekcie. Kiedy szukałam informacji o książkach pewnego pana, na moją skrzynkę dotarł mail od wydawnictwa (zachęta, reklama), gdzie właśnie o tych książkach było napisane "majstersztyk". Przypadki? Dla mnie nie. Bóg nam daje różne rzeczy, ale tylko kiedy to jest dla nas dobre i kiedy z nim współpracujemy, kiedy serio chcemy.
Decyzja. Ruch. Wciśnięcie play.
Nie żeby coś, ale to działa, co o tym myślicie?:)

niedziela, 25 sierpnia 2013

Niesamowity list

Hej kochani :) Wakacje wakacjami, mijają jak zawsze odrobinę za szybko, ale ostatnio mam tyle dobrych natchnień, że aż głupio się nie podzielić! Dzisiaj zainspirowały mnie bardzo takie słowa, które muszę wam przytoczyć, a napisał je Gabriel Garcia Marquez do swoich przyjaciół po tym, jak dowiedział się, że choruje na nowotwór układu limfatycznego:

"Jeśliby Bóg zapomniał przez chwilę, że jestem marionetką i podarował mi odrobinę życia, wykorzystałbym ten czas najlepiej jak potrafię. Prawdopodobnie nie powiedziałbym wszystkiego, o czym myślę, ale na pewno przemyślałbym wszystko, co powiedziałem. Oceniałbym rzeczy nie ze względu na ich wartość, ale na ich znaczenie. Spałbym mało, śniłbym więcej. Szedłbym, kiedy inni się zatrzymują, budziłbym się, kiedy inni śpią. Gdyby Bóg podarował mi odrobinę życia, ubrałbym się prosto, rzuciłbym się ku słońcu, odkrywając nie tylko me ciało, ale moją duszę. (...) Nauczyłem się, że wszyscy chcą żyć na wierzchołku góry, zapominając, że prawdziwe szczęście kryje się w samym sposobie wspinania się na górę. Nauczyłem się, że kiedy nowo narodzone dziecko chwyta swoją maleńką dłonią, po raz pierwszy, palec swego ojca, trzyma się go już zawsze. Nauczyłem się, że człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł. (...) Mów zawsze, co czujesz i czyń, co myślisz. Gdybym wiedział, że dzisiaj po raz ostatni zobaczę cię śpiącego, objąłbym cię mocno i modliłbym się do Pana, by pozwolił mi być twoim aniołem stróżem. Gdybym wiedział, że są to ostatnie minuty, kiedy cię widzę, powiedziałbym "kocham cię" (...) Jutro nie jest zagwarantowane nikomu, ani młodemu, ani staremu. (...) Bądź zawsze blisko tych, których kochasz, mów im głośno, jak bardzo ich potrzebujesz, jak ich kochasz i bądź dla nich dobry, miej czas, aby im powiedzieć "jak mi przykro", "przepraszam", "proszę", "dziękuję" i wszystkie inne słowa miłości, jakie tylko znasz. Nikt cię nie będzie pamiętał za twoje myśli sekretne. Proś więc Pana o siłę i mądrość, abyś mógł je wyrazić. (...) Jeśli nie zrobisz tego dzisiaj, jutro będzie takie samo jak wczoraj. I jeśli tego nie zrobisz, nigdy nic się nie stanie. Teraz jest czas."

Jest tyle do zrobienia! :)

piątek, 16 sierpnia 2013

Jeśli nie jesteś szczęśliwy dziś...

Zrobiło się nagle cicho i ciemno, jakby ktoś powyłączał wszystkie światła na ziemi, łącznie i zwłaszcza z księżycem, który wydawał się mieć w głębokim poważaniu to, co przeciętny człowiek chciałby zrobić z jego pomocą i po prostu się schował. Ze słońcem i księżycem jednak nie można bawić się w chowanego, bo one zawsze wygrywają. Przyniosłam z domu małą latarkę i zaczęłam wspinać się na górę. Ktoś, kto zobaczyłby mnie w tym momencie, pomyślałby "wariatka" albo "co ona wyprawia?" i miałby zupełną rację. Próbowałam wdrapać się na wzgórze o pierwszej trzydzieści dwie, w dopiero co zaczynający się piątek, najprawdopodobniej w najciemniejszą noc tego roku. Nie byłam dziewczyną, która ma nierówno pod sufitem, a przynajmniej nikt mi tego do tej pory nie powiedział, więc wytłumaczenie mogło być tylko jedno: po prostu musiałam.
Dookoła mnie rozciągał się las, którego w dzieciństwie zawsze bardzo się bałam. Uważałam, że mieszkają tam potwory, które pragną mnie pożreć jak tylko wyjdę z domu. Długo, oj długo zajęło mojej mamie przekonywanie mnie, że nikt nie chce mnie zjeść, a już na pewno nie w środku dnia, kiedy wszystkie grzeczne dzieci idą do przedszkola albo do szkoły, a dorośli do pracy. Cóż, miałam niezłą wyobraźnie jak na takiego szkraba. Teraz las wydawał się niesamowicie straszny, ale już się go nie bałam, bo wiedziałam, że nic mi się nie może stać. Przecież teraz to ja byłam dorosła, teraz to ja napędzałam świat.
- Huuu, huuu! - gdzieś daleko odezwała się sowa. Zaraz po tym poczułam blisko twarzy trzepot skrzydeł, który na szczęście po chwili się oddalił. Na razie szłam płaską ścieżką, ale widziałam już początek stromego wzniesienia. Latarka dawała słabe światło.
- Nie mogę się poddać, nie mogę się poddać. – zarecytowałam, a że wydało mi się to głupie, zaczęłam śpiewać. – Nie poddaję się, nie mogę, nie, nie, nie!...
Wydawanie z siebie jakichkolwiek dźwięków w lesie w środku nocy, gdzie o tej porze większość rozsądnych ludzi spodziewa się zaczajonych pedofili albo innego rodzaju zboczeńców, albo całkowicie nawiedzonych starszych kobiet, które przygotowują swoje mikstury, a później odlatują na miotłach w niebyt (no, dobrze, trochę poniosła mnie wyobraźnia), było naprawdę odważną sprawą.
Nie czułam się jednak taka wyjątkowa. Chciałam po prostu wdrapać się na sam szczyt.
Droga ciągnęła się niemiłosiernie, ale nie przestawałam iść. Po dwóch minutach od momentu, gdy ścieżka leśna zmieniła się w szlak górski, zaczęłam liczyć własne kroki, żeby się nie potknąć i nie spaść. Bądź co bądź była noc, a ja nie należałam w tym czasie do osób, które ucinają sobie poobiednie drzemki, żeby później czuwać.
Dziwicie się pewnie, dlaczego szłam tam sama, czemu nie wzięłam ze sobą kogoś innego, skoro moja wyprawa musiała się już odbywać o tak nietypowym czasie. To proste: nie pomyślałam o tym. W chwili, gdy wpadł mi do głowy pomysł, żeby się tu wspiąć, nie było przy mnie żywej duszy, więc teraz, wiedziona nadzieją, że jednak sobie poradzę, też nie sądziłam, by ktokolwiek inny mógł mi się przydać. To głupie, powiecie. Pewnie, że tak. Loty w kosmos też wydawały się głupie, a teraz wszyscy się nimi zachwycają. Moja filozofia jest prosta: jeśli nie jesteś szczęśliwy dziś, nie będziesz nim też jutro.
Po godzinie unikania wystających korzeni i świecenia latarką po tak zwanej okolicy (w razie gdyby jednak jakieś zwierzątko chciało mnie zaatakować), postawiłam stopę na pierwszym równym terenie. Od razu zrobiło mi się przyjemniej. Zaczęłam szukać jakiegoś miejsca, gdzie mogłabym na chwilę usiąść. Wokół mnie trwała cisza, zakłócana tylko przez szum trawy. Byłam na otwartej przestrzeni.
- Co tu robisz? – zabrzmiał czyjś gruby głos.
Serce podskoczyło mi do gardła. Czyżby opowieści o zboczeńcach miały w sobie coś z prawdy? Potrząsnęłam głową. Głupia, pomyślałam, jesteś w górach, nie w jakimś zwykłym lesie. Nie dodało mi to jednak otuchy. Szybko zlustrowałam teren światłem latarki. Mężczyzna przysłonił oczy.
- Hej, jestem tu pokojowo! – zaśmiał się i podszedł do mnie bliżej. – Błagam, nie chcę oślepnąć.
Miał krótkie, ciemne włosy, ale nie wyglądał jak jeden z amantów filmowych. Krzywe zęby wystawały zza pełnych warg, które co chwilę oblizywał. Ręce zaczęły mi drżeć. Broń Boże nie daj tego po sobie poznać, ostrzegałam samą siebie. Jeszcze gotów pomyśleć, że się go boisz. Zapewnienie, że jest tu pokojowo, nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia. Co to w ogóle za słowa, w środku w nocy w górach? Skąd ten typ się tu wziął? Do tej pory uważałam, że tylko ja wpadam na tak szalone pomysły. Jak widać – pomyliłam się.
- Umiesz mówić? - zapytał, robiąc jeszcze jeden krok w moją stronę. Ostrzegawczo wysunęłam rękę z latarką do przodu. 
- Ani kroku dalej. - powiedziałam, a mój głos zabrzmiał jak jęk zgubionego zwierzątka. Mimo to przybrałam groźną, wydawało mi się, bojową minę. 
- Daj spokój, kobieto. - powiedział poważnie. Po obejrzeniu co najmniej tysiąca horrorów moje wyobrażenie o takich scenach wyglądało zgoła inaczej. Mógłby na przykład rzucić się na mnie, wydając dziki okrzyk. Albo udać, że daje nogę, a tak naprawdę zaczaić się i dopiero po chwili mnie unieruchomić. Nic z tego, ten gość po prostu stał i mówił do mnie! - Nie wiem, co tu robisz, ale ja tu mieszkam, więc jeśli ci to nie odpowiada, to proponuję zejść po jakąś broń, bo tym na pewno mnie nie załatwisz. 
Zrobiłam wielkie oczy.
- Mieszkasz TUTAJ?! 
Rozejrzałam się. To był górski szlak, prowadzący na jedno z najbardziej stromych wzniesień w okolicy. Żadnych jaskiń i różnych takich. W dzień to miejsce było pełne turystów, którzy ciężko dyszeli i ostatkami sił wdrapywali się na górę. Poza tym tylko trawa i na dole las. A może...
- Mieszkasz w lesie? - moja ciekawość zdecydowanie zwyciężyła nad strachem przed nieznajomym. Zaśmiał się. 
- Dobrze dedukujesz. Jestem wilkołakiem, a teraz wyszedłem sobie na spacerek. 
- Słaby żart. 
Wpatrywałam się w niego i miałam świadomość, że wyglądam całkowicie głupio, ale czy on nie wyglądał równie beznadziejnie, w dodatku wmawiając mi takie rzeczy?
- No dobrze. - westchnął. - Mieszkam tu w nocy, rozbijam namiot. A rano udaję, że się wspinam, tak jak wszyscy. 
- Dlaczego? - to jedno pytanie mnie nurtowało. Jak tu przeżywał, nie było aż takie ważne, ale po co? 
- Nie jestem dobry. Nigdy nic w życiu mi nie wyszło. Zawsze byłem krok do tyłu, za innymi. Niedawno wybrałem się tutaj, żeby wyjść na górę, ale po pokonaniu pierwszego odcinka zobaczyłem, że koledzy idą szybciej ode mnie. A ja nie mogłem złapać tchu. Pomyślałem, że w takim razie mogę tu zostać. I tak zawsze będę gorszy, więc zostanę na tym, co już mam. - uśmiechnął się blado. 
Zaniemówiłam. Ten mężczyzna miał najwyżej dwadzieścia kilka lat, a mówił o swoim życiu jak o największej przegranej. To było zdecydowanie dziwne.
- Może usiądziemy? - zaproponował po chwili milczenia. Właściwie chętnie poszłabym już dalej, bo miałam do przejścia jeszcze sporo, ale nie mogłam tak tego zostawić. Skinęłam głową i przeszliśmy na trawę, gdzie był rozłożony koc. Usiedliśmy na nim. 
- A ty? - usłyszałam nagle. 
- Co ja? 
- Co ty tutaj robisz? To nie jest jedna z tych nocy, kiedy ludzie idą oglądać wschód słońca albo coś w tym rodzaju. Strasznie dziś ciemno.
Westchnęłam. 
- Masz rację, ale nie uzyskasz ode mnie mądrej odpowiedzi. Po prostu nie wiem. 
- Jak to nie wiesz? - w jego głosie było szczere zdziwienie. 
- To głupie, ale poczułam, że muszę dzisiaj wejść na górę. To wszystko. 
Zapadła cisza. Znowu można było usłyszeć szum trawy, którą delikatnie poruszał wiatr. Jest tu pięknie w dzień, pomyślałam. Dlaczego wybrałam najciemniejszą noc?
- Chowasz się. - powiedział mężczyzna. 
- Wcale się nie... - zająknęłam się, a później poczułam coś słonego na wargach. No tak, moja funkcja szybkiego wywoływania płaczu jest niezawodna nawet wtedy, gdy jej nie chcę. Próbowałam zasłonić twarz włosami. Nagle zdałam sobie sprawę, że to przecież tak ciemna noc, że na pewno nic nie będzie widać. 
- Chowasz się i uciekasz. Tylko przed czym?
- Przed samotnością. - szepnęłam.
Następny odcinek drogi po szlaku przeszliśmy w milczeniu. Tak, mężczyzna poszedł ze mną. Uprosiłam go, żeby chociaż spróbował. Bardzo się ociągał, ale w końcu, czy ktoś może odmówić kobiecie w środku nocy, z wycelowanym prosto w oczy światłem latarki? Chyba nie.
Noc była rzeczywiście ciemna, ale szłam dokładnie tam, gdzie mój towarzysz stawiał nogi, więc tylko kilka razy lekko się potknęłam. Patrzyłam na plecy mężczyzny i słyszałam jego ciężki oddech, który próbował zatuszować. Nie chciał okazać się mięczakiem, który nawet w nocy (temperatura nie była zbyt wysoka, mówiąc delikatnie) nie potrafi wyjść pod górę. Jednak po drugim podejściu już dyszał. 
- To nie ma sensu, mówiłem, idź beze mnie dalej. - jęczał. Zasłoniłam sobie uszy, śmiejąc się.
- Nie ma takiej opcji. Albo wejdziesz, albo zabieram twój namiot i nie będziesz miał gdzie spać. - zagroziłam, chociaż nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. On jednak widocznie nie miał wcale zamiaru zrezygnować, bo tylko przetarł dłonią czoło i powiedział: 
- No to ruszamy. 
Droga ciągnęła się wśród traw, a kamienie pod naszymi stopami równo postukiwały, kiedy je przesuwaliśmy. Nie była to najłatwiejsza wędrówka, ale tempo dorównywało temu, jakie moglibyśmy osiągnąć w dzień. Przy trzecim podejściu ze zdziwieniem zauważyłam, że księżyc jednak wisi na niebie i daje światło. Co za ulga. Więc jednak nie była to najciemniejsza noc, co najwyżej trochę ciemniejsza niż pozostałe.
Na szczycie zaparło mi dech w piersiach. Nie od nadmiaru świeżego powietrza, ale po pierwsze dlatego, że mój towarzysz przy ostatnich trzech krokach włożył w nie tyle wysiłku, ile tylko w sobie miał, a później uśmiechnął się najszerzej jak umiał. Po drugie dlatego, że poczułam się wolna, naprawdę wolna, od całego tego życia, które wydawało mi się takie straszne tam, na dole. Tutaj było po prostu pięknie, chociaż nie było widać prawie nic. W ciemności zobaczyłam, jak mężczyzna podchodzi do mnie. 
- Nie mogę uwierzyć, że tu doszedłem.
Popatrzyłam na niego i przyszły mi do głowy słowa, których w normalnych warunkach pewnie nigdy bym nie powiedziała: 
- Nie mogę uwierzyć, że nie jestem tu sama. 
Później usiedliśmy tam, gdzie staliśmy, tak po prostu, i ramię w ramię słuchaliśmy ciszy, aż zrobiło się jasno i mogliśmy zejść na dół. Mijaliśmy ludzi, którzy z samego rana postanowili wydrapać się na szczyt. Pomyślałam o tym, po co oni idą na szczyt i co ze sobą niosą. Może brak wiary w siebie albo samotność, zniechęcenie albo smutek? Pozdrawiałam ich i cieszyłam się, że mogę widzieć ścieżkę i nie potrzebuję już latarki.
Moja filozofia jest prosta: jeśli nie jesteś szczęśliwy dziś, zrób tak, by być nim jutro.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Kto...





Za czym tęsknisz? To naprawdę ciekawe pytanie. Tęsknota - uczucie, które wkrada się czasami nocą pod kołdrę i śpi z tobą, dopóki nie strzepniesz go jak niechcianego owada z czoła, dopóki nie otworzysz oczu i nie zbuntujesz się przeciwko zasłoniętym oknom w twoim pokoju, otwierając je na oścież i wyrzucając sny, które nie prowadzą do niczego więcej poza poczuciem, że coś pięknego właśnie przeszło ci koło nosa, uciekło z rąk i najprawdopodobniej już nie wróci.
Tęsknota nie pamięta złych wydarzeń, przywołuje tylko piękne, wzruszające chwile, ukazując całą dobroć ludzkości w jednym człowieku, wydarzeniu. Tęsknota nie przypomina o ilości wylanych łez, aż poduszka była mokra i nie było po co tłumaczyć, że to od potu, kiedy były na niej też ślady tuszu do rzęs. Jeśli ktoś czuje ją tak samo jak ty, potrafi zbliżać ludzi, ale jeśli czujesz ją tylko ty, staje się zupełnie niepotrzebnym ciężarem.
Jeśli wierzysz jak ja, że każde uczucie można "przerobić" tak, żeby dawało dobre efekty, spójrzmy, co można zrobić z tęsknotą. Z tą za przeszłością raczej już nic, jest zwyczajnie nieproduktywna, więc nie ma się co nią zajmować. Ale z tą, która kieruje się do przyszłości? Nazywamy ją marzeniami - i to już jest dobra tęsknota. Niedawno przeczytałam takie zdanie: "Nie warto na zapas się martwić, na zapas warto się cieszyć." To, co jest naszym "silnikiem", co nam pozwala podnieść głowę i biec w jakimś konkretnym albo nieokreślonym jeszcze kierunku - to sen, który już kiedyś, dawno temu wyśniliśmy, ale w który wierzymy do tej pory.
Czy wszystko nie zaczyna się od wiary? Czy nie jest tak, że jeśli człowiek w coś naprawdę mocno wierzy, potrafi to osiągnąć choćby się miało wszystko zawalić, choćby mieli go wykląć i okrzyknąć najgorszym? Dążymy do tego, w czym mamy nadzieję. To nas napędza, w co wierzymy.
"Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu jego natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje. I ja wam powiadam: proście, a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie, kołaczcie, a zostanie wam otworzone. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje, kto szuka, znajduje, a kołaczącemu zostanie otworzone." (Ewangelia wg św. Łukasza 11, 8-10)
 "Wszystko, o co prosicie w modlitwie, stanie się wam"
jest tylko jeden warunek:
"tylko wierzcie, że otrzymacie" (Mk 11, 24)
Bo kto wierzy, że otrzyma, tak łatwo się nie poddaje :)

sobota, 27 lipca 2013

Jesteśmy piękni...


Kiedykolwiek. Trochę chłodno.
"Jestem beznadziejna, nic mi się nie chce. To bez sensu, takie moje życie."
Niedziela, 21 lipca. Niby ciepło, ale wiatr.
"Nie mam właściwie żadnego celu, nie wiem, czemu tu przyjechałam. Oczekiwania?!..."
Poniedziałek, 22 lipca. Cieplej, ale słońce za chmurką.
"Zdjęłam maskę, i co teraz? Czuję... Czy to spokój? Czy to chęć otwarcia serca? Alarm: tracimy ochronę, która na nim była!"
Wtorek, 23 lipca. Fala gorąca.
"Śpiewam? No nie! Czy to moje ręce są w górze? Czy to naprawdę moje serce właśnie zaczyna scalać się w jeden kawałek? Wielki, święty, niesamowity!..."
Środa, czwartek, piątek. Ciepło, przyjemnie, odpowiednia temperatura.
"Ty Mu się zawsze podobasz, jest w tobie zakochany."
"Jestem arcydziełem Boga!"
Sobota, 27 lipca. Materiał przegrzany, ale biomet wciąż korzystny, i to jak!
"No, to schodzimy z góry. Tam było łatwo, teraz level up. Jak to dobrze, że na dole też jest Jezus!"

To w skrócie mój tegoroczny FSM (Franciszkańskie Spotkanie Młodych) :) Nie wiem, jak zmieścić działanie Boga w krótkim poście i nie wiem, jak o tym spotkaniu opowiedzieć, bo wszystkie słowa wydają się takie błahe! Niesamowita moc, która przenika serce. Jezus jest, serio. I kocha tak, że klękajcie narody ;)
Mówi się, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Prawda. To uczucie, kiedy po pięciu dniach mieszkania w namiocie (z najwspanialszymi współlokatorkami pod słońcem, zaznaczam!) bierzesz prysznic we własnej łazience i za chwilę położysz się w wygodnym łóżku pod ciepłą kołderką... Ale jest coś ważniejszego niż to! Wspólna modlitwa, koncerty, spotkania i to, że mam kogoś zadomowionego w serduszku. I dlatego mimo że oczy mi się same zamykają, piszę. Nieważne, że bez ładu i składu :)

"Ponieważ drogi jesteś w moich oczach, nabrałeś wartości i Ja cię miłuję,
przeto daję ludzi za ciebie i narody za życie twoje.
Nie lękaj się, bo jestem z tobą." (Księga Izajasza)

Dobranoc, umiłowani przez Boga! :)

sobota, 6 lipca 2013

Do biegu... gotowi... start!

Hej hej :)
Dzisiaj przyszło mi do głowy takie mądre porównanie, że życie jest jak bieganie (nawet mi się zrymowało). To znaczy trzeba się nad nim nieźle namęczyć, ale zawsze, chociażby małymi kroczkami, musisz posuwać się do przodu, bo jak raz staniesz, to później trudniej będzie ci znowu zacząć biec i nie będzie to już dawało takich efektów jak wcześniej.
Kiedy biegam, stawiam sobie cel. Na przykład: "No, dawaj Kaśka, jeszcze tylko do końca tej ulicy/ścieżki/do tego zakrętu" itd. Wytężam wszystkie siły, nawet te których już dawno nie mam (to dopiero początki;)) żeby tylko dotrzymać tego co sobie powiedziałam. Później mogę nawet umrzeć, ale do tego momentu dobiegnę. Doszłam dzisiaj do wniosku, że tak samo powinnam robić w życiu! Że jak mam jakiś cel, to muszę do niego dążyć, potem niech się dzieje co chce, ale najważniejsze to powiedzieć sobie: "No, Kaśka, jeszcze tylko do...", a później następne "jeszcze tylko..." i następne. Mam nadzieję, że uda mi się to wprowadzić w życie :) Inne olśnienie to takie, że przecież nic nie spada z nieba. Kiedy mówię sobie: tego nie umiem, nie znaczy to, że nie będę tego umieć nigdy. Teraz tego nie umiem, nie wiem, nie potrafię przeczytać iluś tam stron po angielsku szybko albo się wypowiedzieć, ale jeśli tylko włożę w to trochę pracy - czy nie będę mogła kiedyś powiedzieć, że to umiem? Za często wmawiam sobie, i pewnie nie jestem w tym osamotniona, że coś jest nie dla mnie, że nie dam rady, bo teraz to ciężko idzie. Tymczasem "nie od razu Kraków zbudowano", takie fajne zdanie, a tak rzadko dociera do mnie, co naprawdę znaczy: mnóstwo pracy, ale później jaka satysfakcja (to w końcu K-r-a-k-ó-w!) :)
Jednym słowem, trzeba się trochę postarać, tak jak z bieganiem.
Dla mnie bieganie to idealny sposób, żeby się wyładować. W pocie i drodze, którą biegnę zostawiam emocje, to, co mnie boli, rani, dusi, co jest ciężkie i trudne.
W życiu, jak przy bieganiu, różne rzeczy nas bolą. Musimy się liczyć na przykład z zakwasami, ale dzięki nim mięśnie zaczynają przyzwyczajać się do wysiłku. Trzeba się rozgrzać na bieg, jakim jest życie wzięte we własne ręce. Trzeba też dostosować tempo. Ostatnio zaczęłam biegać szybciej niż na początku, dlatego też szybciej się męczę i po pewnym czasie muszę zwolnić. Gdybym zwiększała je powoli, po trochę, byłoby lepiej.
I najważniejsze: oddech. W bieganiu trzeba zwracać na niego uwagę bardziej niż na poruszanie nogami czy dobrą muzykę w uszach. W życiu, wiadomo, powietrze = Ruah, Duch Święty = Bóg :) Bez Niego to, co osiągniemy "nogami", czyli naszymi wysiłkami, będzie bezużyteczne, bo przecież nie można efektywnie biegać (żyć) z urywanymi wdechami i wydechami. A przecież każdy chce żyć (biegać) efektywnie, a nie "na pół gwizdka"! :)
No to... do biegu... gotowi... start! A na koniec:

"Chciałbym w cieniu drzew przystanąć na chwileczkę
łyk powietrza wziąć do ust
wdech i wydech, wdech
i sam się z siebie śmieję
nie tak łatwo dać na luz

Biegnę jak do mety maratończyk
ale nie wiem, jak ten bieg się skończy

Co mnie wiecznie gna
nakręca jak sprężynę
chyba nie wiem sam
i ciebie też nie winię
więc ty o to nie wiń mnie
biegnę niby długodystansowiec
czy tym tempem da się wszędzie dobiec
martwisz się, że skończę źle
więc poprowadź mnie
pokaż w życiu cel

Dokąd niesie mnie szalona wyobraźnia
przez bezdroża, piach i kurz
mówią ludzie, że do rozdwojenia jaźni
nie potrzeba serc mieć dwóch"
(F. Andrzejczak - "Biegnę jak maratończyk")

sobota, 29 czerwca 2013

Wszystko pracuje!




Ta piosenka towarzyszyła mi ostatnio w podróży i nastrajała niesamowicie pozytywnie :) A jak wsłuchałam się w jej tekst, zachwyciło mnie szczególnie jedno zdanie:
"You make all things work together for my good."
W polskim pięknym tłumaczeniu to brzmi: "Sprawiasz, że wszystko mi sprzyja", ale myślę, że dużo lepiej jest odczytać te słowa zupełnie dosłownie, na przykład: "Ty robisz tak, że wszystkie rzeczy pracują razem dla mojego dobra". Brzmi jak "Kali jeść, Kali pić", ale jakie to piękne :) Takie zdanie oznacza, że Bóg ustawia wszystko w moim życiu w taki sposób, żebym była szczęśliwa! Uruchamia trybiki jak w zegarku i nawet niepowodzenia, złe rzeczy są potrzebne. Wszystkie wydarzenia, słowa, mniej i bardziej znaczące uśmiechy, każdy poranek i każdy wieczór pracują, żeby Jego plan dla mnie się powiódł :)
Teraz przypomniała mi się taka rozmowa, którą odbyłam niedawno. Była trochę burzliwa, poddawałam w wątpliwość dużą część rzeczy, które słyszałam, taka byłam sceptycznie nastawiona do większości argumentów i na każdy z nich miałam gotową odpowiedź ;) Po pewnym czasie szła mniej więcej tak:
"- Przecież On cię kocha bardziej niż ktokolwiek inny.
- ...
- ...
- Przepraszam, zabiło mnie to.
- Nie przejmuj się, mnie też zabiło jak usłyszałem, że Bóg mnie kocha."
Na tym mogłabym właściwie skończyć ten post :) Ale jeszcze się pochwalę, poprawiłam w tym roku maturę z angielskiego o całe 14%, więc moje marzenie o anglistyce na pewno się spełni! ;)
Wakacje, wakacje, i mimo że jeszcze tydzień temu myślałam, że całe moje życie nagle stało się bez sensu, teraz się z tego wyleczyłam. Bo w końcu po burzy zawsze wychodzi słońce!
Dużo słońca wam życzę :)

niedziela, 16 czerwca 2013

Najlepsze w życiu jest...

Hej kochani :)
Dzisiaj jest dzień dobrych postanowień, więc oprócz tego, że postanowiłam się czegoś nauczyć do egzaminów, to jeszcze w końcu napisać coś tutaj. Dawno mnie nie było, ale powiem wam szczerze, czasem tak jest, że tyle się dzieje w realnym życiu, że na to wirtualne po prostu już przestaje się zwracać uwagę. Zwłaszcza jeśli chodzi o wyrażanie swoich myśli, których jest taki natłok...
Ale nie o tym. Chciałabym napisać coś pozytywnego,  na przykład to, że mamy piękny czerwiec nareszcie :) Rozpływamy się w tym cieple i oby tak było dalej. Noce też są coraz ładniejsze, przed chwilą księżyc zaglądał mi do okna, ale chwilowo (mam nadzieję) zniknął za chmurami.
Ostatnio doszłam do wniosku, że najlepszą sprawą w życiu jest to, kiedy masz kogoś, kto cię wspiera. Albo nawet więcej takich osób. Kogoś, kto zwyczajnie jest :) Wtedy wiesz, że nawet jeśli wszystkie inne sprawy ci się zawalą, to właśnie od takiej osoby/takich osób możesz usłyszeć: "jestem z tobą", "masz we mnie wsparcie", a czasem też "ogarnij się" ;) To takie ważne, najważniejsze.
Niedługo wakacje! :) Czekam na nie bardzo, bardzo niecierpliwie. Właściwie to już je czuję, jakoś przez pogodę i dlatego na przykład nauka najlepiej (w ogóle ;)) wychodzi mi ostatnio wieczorami/nocami. Ale też, z drugiej strony, tak pod wieczór zawsze może się znaleźć lepsza propozycja, prawda? ;)
Trzymajcie się ciepło a nawet gorąco, wiosenno-wakacyjnie i do następnego ;)




niedziela, 2 czerwca 2013

Kiedy cebula płacze

Witajcie w czerwcu :)
Dzisiaj spędziłam w kuchni całe 40 minut (rekord na ostatnie czasy) i przy krojeniu cebuli popłakałam się jak bóbr. I jak to zwykle ze mną bywa, przyszły mi do głowy różne myśli. Na przykład przypomniał mi się tekst Shreka, ten w stylu: "cebula ma warstwy, ogry mają warstwy" :) Ale nie o tym. Najlepsze w krojeniu cebuli jest to, że można się przy niej rozpłakać. Dziwne? Jak można być z tego zadowolonym?! Po pierwsze - to takie normalne i bezkarne, płakać przy krojeniu cebuli. Nie musisz się głupio tłumaczyć, że coś ci wpadło do oka albo słuchać męczącego: "nooo, uśmiechnij się". Po drugie - nie trzeba być zawsze twardym, gdy pozwalasz "cebulowym" łzom płynąć, okazuje się, że docierają do ciebie bodźce: szczypanie oczu... Tak bardzo jesteś człowiekiem, gdy okazujesz słabość, że nie jesteś w stanie powstrzymać odruchów. Po trzecie, najważniejsze chyba - doszłam do wniosku, jak cudowny byłby świat, gdybyśmy płakali tylko przy krojeniu cebuli. Gdyby nie było tych wszystkich raniących słów, które stają w gardle i wywołują wilgotność oczu. Gdyby tylko te - de facto zupełnie puste - słowa: "nie płacz" nie były wcale potrzebne.
Wczoraj padał deszcz. Mówi się, że wtedy niebo płacze. Śmieszne, a może prawdziwe, nie wiem. Jak myślicie?
Już nie dziwię się temu, że przy "cebulowym" płaczu nikt nie czuje się zażenowany, a przy "prawdziwym" tak. W końcu przy tym drugim chodzi o uczucia.

A na koniec coś na uśmiech, żeby nie było tak ponuro w tym poście :):



piątek, 24 maja 2013

Agresja budzików i... :)

Hej kochani :)
Tradycyjnie zacznę od mówienia o pogodzie, bo takiego zimna już dawno nie czułam. Ale co zrobić, przyroda też musi sobie chwilę odpocząć żeby nie tak cały czas gorąco i gorąco ;)
Dzisiaj rano między oderwaniem głowy od poduszki a wyłączeniem przeraźliwie (podkreślam, przeraźliwie) dzwoniącego budzika przyszła mi do głowy taka śmieszna myśl: jakie te alarmy są agresywne! Wdzierają się do naszej podświadomości bez jakiejś wybitnej motywacji, bo tylko w jednym celu: żeby nas wyciągnąć z łóżka. A przecież ono jest takie miłe, kochane, ciepłe... A na zewnątrz tak ziiimno! Najgorsze, że sami je na siebie nasyłamy, co za naiwność człowieka, że jak się obudzi wcale nie będzie miał ochoty rzucić o ścianę tym, co go wyrwało z jednej z najprzyjemniejszych chwil każdej doby, jaką jest sen. Dlatego nigdy nikogo nie budzę ;) Żart. Między jedną drzemką a drugą udaje mi się dobudzić samą siebie ;D
Ostatnio już nawet zaczęłam ustawiać budziczki co np. 4 minuty - mówię serio! Bo jak się budzę i go wyłączam, jasne, że nie wstanę. A poza tym wycwaniłam się tak, że jak widzę, że MOGĘ (to znaczy będę się bardzo, bardzo śpieszyć, ale zdążę wyjść o tej porze, o której zaplanowałam) się obudzić np. 6:20, to 6:16 jestem w stanie nastawić budzik, obrócić się na drugą stronę i przyłożyć głowę do poduszki, i jeszcze się zdrzemnąć. To nic, że samo przewrócenie zajmuje mi 30s, więc zostaje mi jakieś 3,5 minuty "snu". Ale za to jakie to 3,5 minuty! :)
Jestem strasznym śpiochem i to mi już chyba nie przejdzie ;)
Zmieniając temat, wczoraj byłam na stacji wiary (adoracji, uwielbieniu) u Franciszkanów. Masakra, to daje takiego powera, że ciężko to sobie wyobrazić dopóki się go nie ma :) Wszystko jest modlitwą, w ogóle Jezus i ty, no i Duch Święty, wczoraj był, działał, tak namacalnie i genialnie. Zresztą, przyszło mi do głowy, że On jest taki superniezawodny, normalnie zawsze działa. No, więc później w tramwaju radocha, 5m nad podłogą ;)
Takie jedno ciekawe zdanie z tego wieczoru, dla was: "Nie mów Bogu: jakie ja mam wielkie problemy! Powiedz problemom: jakiego ja mam wielkiego Boga!" :)


wtorek, 21 maja 2013

Buty.

Szuuuu, szuuuu - otwierają się drzwi tramwaju. Wchodzą buty. Najpierw damskie: Półbuty, Baleriny, Sandałki, Mokasyny, Drewniaki, Szpilki; później męskie: Adidasy... właściwie o tej porze roku tylko Adidasy, w różnych wydaniach. Najpierw dreptają w miejscu, niepewne, czy pociągnęły swoich właścicieli do odpowiedniego miejsca. Jak tylko tramwaj ruszy, zaczną mościć się i przepychać między sobą, Szpilki zawsze wyższe od innych będą patrzeć na Baleriny z góry, świecąc czerwonymi czubkami. Drewniaki, niecierpliwie postukując, wymuszą miejsce siedzące dla swojej właścicielki i będą z tego bardzo dumne. Sandałki, odsłaniające paznokcie pomalowane na kolor zgniłej zieleni, zaczną obawiać się tak samo Półbutów, jak i Adidasów - są bardzo wrażliwe i delikatne.
Wszystkie opierają się na swoich najlepszych częściach i kiedy tramwaj gwałtownie hamuje na przystanku, powoduje niesnaski między butami. Każdy z nich przecież chciał spokojnie przeżyć tą podróż! A zdarzyć się może, że Baleriny wysiądą brudne, stopy w Sandałkach zranione (Sandałki zawsze mają z tego powodu wyrzuty sumienia), Półbuty i Adidasy zdecydowanie skłócone ze sobą, bo tak naprawdę nie okazało się, kto wygrał emocjonujący pojedynek między nimi. Tylko Szpilki zwycięsko przejdą nad głowami pozostałych butów, wyślizgując się nawet porównaniom i metaforom.
Podobno ludzie noszą buty - choć tak naprawdę nie wiadomo, czy one nie noszą ludzi. :)

niedziela, 19 maja 2013

Ruah :)

"Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują." (1 List św. Pawła do Koryntian)

Kotłuje się w mojej małej główce tyle myśli, że aż nie wiem, od czego zacząć! Właśnie wróciłam z weekendu kursu Alfa. Efekt: jedno wielkie "wow" :) Genialni ludzie, śpiew, pozytywnie zarwane noce, przyroda, dobre jedzonko, ale najważniejszy: DUCH ŚWIĘTY! Możecie mi wierzyć albo nie, ale On naprawdę istnieje, ba, powiem więcej: przychodzi i działa. Tak normalnie :)
Ogarnąć miłość Boga to jak próbować zrobić to z oceanem, ona jest wielka, niezmierzona i... prawdziwa. Tak, bardzo prawdziwa :)
Spowiedź, uwielbienie, Duch Święty "na wyciągnięcie ręki". Jak to opisać?
Trzeba to poczuć, żeby zrozumieć. A żeby poczuć, trzeba... Wystarczy chcieć! :)
Ojej, rozemocjonowałam się tu. Już dawno nie czułam takiej megaradości i jednocześnie spokoju w środku :) Oszalałam? Podoba mi się to szaleństwo ;)
Poza tym piękne jest to, że najlepszych chwil w życiu nie da się zaplanować. Ludzi, których spotkasz i tego, co będzie was łączyło, nie da się ogarnąć jakimiś ramami. To, co nazywamy przypadkami, to jest Jego twórcza inwencja :)

Sęk w tym, by z tego wszystkiego skorzystać.

środa, 15 maja 2013

Książki, książeczki.

"Raz jeszcze udało mu się zamknąć oczy, jakkolwiek teraz wiedział już, że nie może zbudzić się, bo nie śpi, bo cudownym snem był tamten, absurdalny jak wszystkie sny, tamten, w którym przemierzał okrakiem na ogromnym owadzie z metalu obce ulice zadziwiającego miasta, przystrojone w czerwone i zielone światła, które paliły się bez płomienia i bez dymu."
(Julio Cortazar - "W nocy twarzą ku niebu")

Dzisiaj jest wietrzny i słoneczny dzień, właśnie taki, jakie bardzo lubię. Chociaż w tramwajach ścisk niemiłosierny (o 11!), zawsze znajdzie się okno, obok którego właśnie stoję i z którego dochodzi do mnie orzeźwiające powietrze :) Z ważniejszych rzeczy, poszłam wreszcie po rozum do głowy i kupiłam soczewki i płyn do bardzo bardzo bardzo wrażliwych oczu, co oznacza, że nie będę już ślepnąć ;) Uśmiałam się, bo czytając na opakowaniu podpunkty, co ten cudowny płyn potrafi wyczytałam ich pięć, a wyjmując buteleczkę, zobaczyłam dziesięć kropek i tak tym zachęcona chciałam sprawdzić, co jeszcze umie - okazało się, że te drugie pięć właściwości to były te same, tylko po angielsku. Nie ma to jak dobry PR :)
Taka refleksja mi dziś przyszła do głowy, jaką fajną sprawą są książki. To w zasadzie normalne, że coś rodzi się w głowie pisarza, jakieś zdania, historie wymyślonych bohaterów, a później przelewa to na papier (no, wstukuje na klawiaturze do komputera). Ale najlepsza zabawa jest dopiero wtedy, kiedy to ja, potencjalny czytelnik, dostaję książkę do ręki!
Czytam właśnie opowiadania Julio Cortazara. To akurat nieważne, że właśnie jego, ale chodzi mi o to, że kwestia kunsztu autora jest niczym, jeśli nikt dzieła nie chce czytać. I można wzruszyć się do łez, ubawić, jak to się mówi, po pachy, zdenerwować na otaczający świat, zasmucić z powodu śmierci bohatera, i tak dalej, i tak dalej... Emocje = życie książki. No, jest coś takiego czy nie? :)
Czytając, odrywamy się od własnego życia albo wręcz przeciwnie: śledzimy je z wypiekami na twarzach jak najlepszą sztukę w teatrze, jak film 3D - jesteśmy uczestnikami i widzami jednocześnie.

"Ale w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło, te dwa lata między nimi były w czasie także jakimś pustym kątem z brudną szmatą, oznaczającym wszystko to, czego sobie nie powiedzieli, a co może powinni byli sobie powiedzieć."
(Julio Cortazar - "Bóstwo z Cyklad"

i jeszcze coś innego:
"Odgłosy poranka są chaotyczne, lecz obiecujące, jak chmura tonów pustych strun, w której odzywają się przypadkowe fragmenty nie rozpoczętego jeszcze koncertu, podchwytywane to tu, to tam, szybko i bez wyrazu, w ironicznym skrócie, przez orkiestrę strojącą instrumenty. I prawie wszystko wydaje się możliwe, kiedy do wieczora jest jeszcze tak daleko. (...)
Póki nie wstaną od stołu, wyglądają na szczęśliwych, przyszłość rozpościera się przed nimi całkowicie bezpieczna: z rana bułeczki i kawa, wieczorem skoki nad przepaścią, i tak przez całą wieczność. Czy to wystarczy, by poczuli się ograniczeni metaforą, w której zamknięto ich los?"
(Magdalena Tulli - "Tryby")

poniedziałek, 6 maja 2013

Cisza

W taki wieczór jak dziś, ciepły i spokojny, chcę ciszy. Zawsze dużo mówię, próbując "przegadać" życie, problemy, świat. Chyba wszyscy krzyczymy chcąc coś zmienić, dotknąć czegoś, co nie daje się opisać albo przezwyciężyć. Hałas, zgiełk. Pędzące samochody, spóźnione autobusy, dzwoniące tramwaje. Cisza wieczoru znika.
Dopiero kiedy usiądziemy w swoim małym świecie, zamkniemy się na wszystkie głosy, które z niego do nas docierają - możemy pobyć ze sobą sami, chociaż to siebie najbardziej się boimy.
Taka chwila dla siebie.
Szukam cytatu, który by dobrze opisał moje myśli. Nie ma takiego, więc piszę tutaj w nadziei, że Internet je trochę pochłonie.
Chodźmy spać, dziś jest wieczór ciszy.


poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Dziecięce spojrzenie na...

M. sprzedaje uśmiech. Później drugi. Unoszą się kąciki ust maleńkich jak muszelka znaleziona nad morzem. Oczka, które mówią tyle prawdy, ile tylko jest w stanie pomieścić mała dusza, mrugają wesoło. Żeby cioci nie było smutno!
Nie wiem, czy kiedyś mieliście okazję obserwować małe dzieci. Jeśli nie, musicie spróbować! Dla nich wszystko jest takie proste - zupa może być ugotowana z czerwonego i zielonego klocka, nie ma znaczenia, że "jabłko" ma kwadratowy kształt, a tory prowadzące lokomotywę donikąd to żaden problem :) Zawsze kiedy przy nich siadam i zaczynamy zabawę, kłopoty buszujące w mojej głowie znikają jak za dotknięciem magicznej różdżki. Tutaj przecież wszystko jest możliwe!
Dorośli mają tyle różnych spraw: jak się nie zestarzeć, co zrobić na obiad, jak zadbać o drugiego człowieka, czy marchewka jest równo pokrojona, dlaczego tyle zła na ziemi, no i przydałoby się wreszcie wkręcić nową żarówkę. Studenci: dlaczego pieniądze znikają z portfela w zastraszającym tempie i jak zdać ten niezwykle ciężki egzamin. A dzieci? Czy którekolwiek zapyta, jakie służby zaniedbały swoje obowiązki, że doszło do strzelaniny? Nie. One westchną: pan zrobił pif-paf. I zrobią podkówkę albo rozpłaczą się, bo będzie im tak bardzo szkoda tych, którzy zginęli. Szczerze.
Powiecie: to normalne. Dorośli muszą się troszczyć właśnie dlatego, żeby dzieci mogły nie mieć problemów i beztrosko się bawić, przynajmniej do jakiegoś czasu. Powstaje tylko w mojej głowie jedno zdanie:
O ile łatwiej by nam się żyło, gdyby dorosły mógł być jednocześnie trochę dziecięcy. :)



wtorek, 23 kwietnia 2013

Popijając wino...

Znów mnie chwilę nie było. Widocznie nie wszystko da się zrobić naraz. Tego się chyba ciągle uczę! Braku pośpiechu, cierpliwości. A nauka tego jest żmudna i trudna, ale nie niemożliwa.
Popijając wino i zagryzając je kanapką, przychodzą do głowy różne myśli. Na przykład chciałoby się zaśmiać z codzienności i powiedzieć jej: Daj spokój! Co ty sobie wyobrażasz? Jakie: "jutro kolokwium"?! :)
Czasami chce się człowiekowi tak po prostu, najzwyczajniej, bez zbędnych słów, a tym bardziej tych łatwych i trudnych pytań, wyluzować. Ściągnąć nogę z gazu, a nawet na chwilę wcisnąć hamulec. Żeby dotknąć siebie, pomyśleć nad sobą. Podobno jesteśmy takimi ludźmi, jak sami siebie postrzegamy. Szkoda, że mamy tak mało czasu żeby siebie dookreślić :) We własnych oczach oczywiście.
Ale nie wchodźmy w rozważania. Jakie to proste, uśmiechnąć się zamiast dywagować i stwierdzać: "mam radość w sercu". Uśmiech wyraża serce :)
Jeżdżąc tramwajami można się naprawdę zachwycić. Dzisiaj pewna pani, siedząca z dzieckiem na kolanach, ustąpiła miejsca kobiecie w ciąży. Uśmiechnęła się do niej, a tamta zapytała: "Naprawdę?", po czym usiadła. Osoba na wózku wjechała do tramwaju, prosząc młodego chłopaka żeby pomógł jej wysiąść. "Chętnie" - odpowiedział. Pewien młody chłopak, przepuszczając mnie w drzwiach autobusu powiedział swobodnie: "proszę bardzo". Dziewczyna, chcąc utrzymać równowagę, chwyciła się ramienia stojącej obok niej pani, a tamta odpowiedziała uśmiechem pełnym wyrozumiałości. I dla każdego zawsze znajdzie się odrobina miejsca przy poręczy, żeby się za nią trzymać.
Zwyczajne rzeczy, powiecie. Gdyby takie sytuacje się nie zdarzały, ludzie byliby okrutni.
Ale jakie to proste, być dla kogoś dobrym.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Wiosna, wolność i niezależność

Witajcie kochani :)
Nareszcie przyszła wiosna! Nie mogę się nacieszyć, patrząc za okno albo jeszcze lepiej - wychodząc na zewnątrz. Cieplutko, milutko, słonecznie, dużo lepiej się wstaje i chce się żyć! Chociaż wszystko ma swoje blaski i cienie (duszno w autobusach...), jestem zdecydowanie ciepłolubna :)
Szkoda tylko, że zaczyna się gorący okres nie tylko pogodowy, ale też naukowy. Kolokwia, zaliczenia, za pasem matura, a zaraz za nią wielkimi krokami nadchodzi sesja. W związku z tym staram się zachować pozytywne myślenie, bo bez tego zawsze jest gorzej. Grunt to się nie poddawać i robić swoje.
Oby taka pogoda utrzymała się długo! Zapowiadają deszcz na weekend, ale u mnie będzie świecić słońce tak czy tak, bo wybieram się do mojego Kochanego :) Tak się wydaje, jak się jest "samemu" można dużo rzeczy zrobić, nauczyć się i tęskni się minimalnie, ale jednak przytulenie się do tej drugiej osoby jest o wiele bardziej atrakcyjną sprawą ;) Zwłaszcza że w ten sposób można na chwilę wyłączyć w swoim mózgu opcję "zrób to, zrób tamto", migającą lampkę-przypominajkę o ważnych sprawach, które przecież "beze mnie się nie rozwiążą".
Dobrym wyjściem byłoby to ewangeliczne zdanie, żeby przestać się martwić i niepokoić o każdy następny dzień. Ale to jest w praktyce ciężkie do zastosowania, prawda?
Wieje przyjemny, wiosenny wiatr. Przypomina mi on takie uczucie, które dobrze znamy, a właściwie powinniśmy znać: wolność. Każdy chce być wolny! Nastolatki mieszkające w domu po osiemnastce zwłaszcza - wolne i niezależne. Zawsze jako ludzie mamy gdzieś tam w środku poczucie, że jesteśmy ograniczani, mam rację? Albo przynajmniej obawiamy się tego, żeby nikt nas gdzieś tam nie zaczął tłamsić, "bruździć" w tej naszej osobistej wolności. Dlatego boimy się często "rzucić na głęboką wodę", chociaż mogłoby to być niezwykle inspirujące doświadczenie.
Nie mniej jednak wiosna musi być radosna! Chociaż chętnie pominęłabym wiosnę i przeszła od razu do lata... No, po co się rozdrabniać? :)
Po tych swawolnych myślach opuszczam was i mój komputer. Mam nadzieję, że też nie siedzicie w domu cały czas. Jeśli tak, wyjdźcie na słońce! ;)
Do następnego razu!

wtorek, 9 kwietnia 2013

Wyładowanie

Myslovitz - "Aleksander"
  
Hej kochani blogowicze i nie tylko :)
Ta piosenka (nie wiadomo czemu) jest ze mną dzisiaj od samego rana. Jeszcze jakiś czas temu prawie jej nie znosiłam, wiecie, nie podobał mi się ani rytm ani tym bardziej słowa, mimo że szczerze i całego serca uwielbiam Myslovitz. Widać gusta się zmieniają :)
Chyba każdy dobrze zna to uczucie, kiedy kawałek tłucze się po głowie i nie chce z niej wyjść. Ten jest dobry też do wyładowania się na gitarze ;) Nie żebym nie lubiła mojej maleńkiej, ale kiedy ma się zły dzień dobrze jest sobie zedrzeć skórę z palców żeby poczuć, że się jeszcze żyje. Tak samo jak pobiegać czy pograć w koszykówkę ;)
Notabene dzisiaj koszykówka była i to całkiem niezła, chyba wreszcie nauczyłam się trafiać celnie do kosza więcej niż 0 razy (po całym gimnazjum i liceum, ale co tam...).
Patrząc dzisiaj za okno można by się naprawdę załamać, gdyby nie miało się odpowiedniej motywacji. Na przykład jutrzejszego kolokwium z psychologii. Jeśli istnieje łut szczęścia czy coś w ten deseń, to przydałby się między 10 a 11 ;) Ale on chyba nie pracuje na zmiany albo nie ze wszystkimi zgadza się współpracować :)
Na koniec tego nudzenia i narzekania ("nie wiem, co się z tobą, Kaśka, dzieje") - do strony "muzyka" dodałam też kawałek, z którym nie mogłam się rozstać wczoraj.
Miłego słuchania i popołudnia :)
 

sobota, 6 kwietnia 2013

Home, sweet home!

 

Moi kochani! Na początek przepraszam bardzo i korzę się przed wami za tak długą nieobecność :) Niestety, życie to nie bajka (choć tak pewnie wydawało się Piotrusiowi Panowi - cóż za ładna odmiana... ;)) i 90% ludzi w naszym cudownym kraju wstając rano z łóżka po kilku godzinach niezbyt dobrego snu ma w głowie tysiąc czerwonych światełek, a każde z nich po bliższym przyjrzeniu się zdradza, że miga dlatego, że ta osoba powinna wykonać jakąś rzecz, załatwić sprawę, etc., etc. A kiedy w końcu przychodzi wieczór i chce się coś wreszcie zrobić "dla siebie", coś zupełnie bez sensu (albo wręcz przeciwnie) - sen przychodzi szybciej niż by się ktokolwiek spodziewał. Znacie to, prawda?
Nie o tym jednak chciałam napisać. Jako osoba, której dobre pomysły przychodzą do głowy znienacka i następnego dnia je po prostu realizuje, przyjechałam wczoraj do domu :) Nie wiem, czy też tak macie, ale ja jak jeszcze tu mieszkałam tak na co dzień, wszystko było takie nudne, pospolite i w gruncie rzeczy denerwujące, a teraz to doceniam. Zauważam miłość rodziców, zabawność moich siostrzyczek (w pozytywnym sensie tego słowa oczywiście), wartość domowych obiadków (jak na studenta przystało;)). Jednym słowem, dom to dom i nie ma tutaj dyskusji. Jak to się mówi: "wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej". Kocham Kraków, ale teraz bardziej kocham stare, dobre, zapyziałe miasteczko w Bieszczadach ;) Chociażby dlatego, że poczułam tutaj bezpieczeństwo, którego od paru tygodni bardzo mi brakowało - oczywiście też w ramionach mojego Kochanego, nareszcie :)
I powiem Wam, że chociaż w normalnym, codziennym, szarym życiu pełnym krakowskiego śniegu, "pędzących" tramwajów, (nie)zaliczonych kolosów, zbliżających się wielkimi krokami egzaminów (w telewizji już widziałam reklamę tabletek pomagających zaliczyć sesję) i ogólnej beznadziei związanej z dzieleniem czasu na tysiąc kawałków, byle tylko dla każdej sprawy i dla każdego człowieka w moim życiu wystarczyło - warto jest żyć, choćby dla satysfakcji, którą odczuwam, gdy mówię sobie: "zrobiłam to", "osiągnęłam to", "dałam radę". Nic nie może się jej równać.
 

wtorek, 2 kwietnia 2013

Śnieg na drodze, uśmiech w sercu

Witajcie po krótkiej przerwie :) Nie wiem, czy też tak macie, ale mnie te święta bardzo "rozstroiły" i ciężko wrócić do zajęć a tym bardziej nauki. Ale było wszystko, co potrzeba: i zmartwychwstanie, i jedzonko... ;) Właściwie zabrakło mi tylko jednej kochanej osoby przy świątecznym stole, ale jak wiadomo nie można mieć wszystkiego.
Zaczęłam pisać ten post dlatego, że bardzo spodobał mi się pewien wiersz, który chciałabym wam przekazać. Oto i on:

"Posłanie do nadwrażliwych"

Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata
za niepewność wśród jego pewności
Bądźcie pozdrowieni
za to że odczuwacie innych tak jak siebie samych

Bądźcie pozdrowieni
za to, że odczuwacie niepokój świata
jego bezdenną ograniczoność i pewność siebie

Bądźcie pozdrowieni
za potrzebę oczyszczenia rąk z niewidzialnego brudu świata
za wasz lęk przed bezsensem istnienia
za delikatność nie mówienia innym tego, co w nich widzicie

Bądźcie pozdrowieni
za waszą niezaradność praktyczną w zwykłym
i praktyczność w nieznanym
za wasz realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego

Bądźcie pozdrowieni
za waszą wyłączność i trwogę przed utratą bliskich
za wasze zachłanne przyjaźnie i lęk, że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami

Bądźcie pozdrowieni
za waszą twórczość i ekstazę
za nieprzystosowanie do tego co jest, a przystosowanie do tego, co być powinno

Bądźcie pozdrowieni
za wasze wielkie uzdolnienia nigdy nie wykorzystane
za to, że niepoznanie się na waszej wielkości
nie pozwoli docenić tych, co przyjdą po was

Bądźcie pozdrowieni
za to, że jesteście leczeni
zamiast leczyć innych

Bądźcie pozdrowieni
za to, że wasza niebiańska siła jest spychana i deptana
przez siłę brutalną i zwierzęcą

za to, co w was przeczutego, niewypowiedzianego, nieograniczonego
za samotność i niezwykłość waszych dróg
bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi

(Kazimierz Dąbrowski)

Więc, jeśli ktoś jest takim lub podobnym nadwrażliwcem jak ja, niech będzie pozdrowiony! :)

czwartek, 28 marca 2013

Carpe diem - to znaczy...



Na na na na na...
 
Wszystko się w życiu zdarza tylko raz
ludzie mówią, że ten czas - taki krótki
i może wydać nam się, że
pokonają nas codzienne smutki

Ref.: Nie myśl o tym, tylko żyj - tak jak umiesz
chwytaj chwile z całych sił
gdy przyjdzie błąd - go zrozumiesz
to jest chwila by przestać śnić
a zacząć marzyć

Na na na na na...

W lodówce pusto i znów się skończył gaz,
pieniędzy mało choć cały czas - jak wół harujesz
czy można zmienić coś na lepsze?
nie dowiesz się - zanim nie spróbujesz

Ref./x2
Na na na na na...

niedziela, 24 marca 2013

Śmiało!


Czas ucieka przez palce, a w niedzielę wieczorem najlepiej słucha się najstarszych piosenek, przy okazji ucząc się gramatyki opisowej języka polskiego. Jak to mówią niektórzy, naprawdę można zacząć "rzygać tęczą", widząc te wszystkie końcówki mianowników, dopełniaczy i bierników liczb pojedynczej i mnogiej.
A jednak to miły czas, kiedy masz świadomość, że następny dzień upłynął bez niemiłych niespodzianek, za to z dawką radości :)
Może właśnie wtedy, kiedy przestajemy rozmyślać, a zaczynamy marzyć, życie staje się piękniejsze i lepsze? A może to czyjaś dłoń w naszej dłoni sprawia, że to wszystko jest pasjonujące?
Nieważne! Ten wieczór się więcej nie powtórzy, więc odejdźcie od swoich komputerów i śmiało, zróbcie to, na co macie ochotę: poczytajcie, porozmawiajcie, wyjdźcie na spacer, pobiegajcie, wypijcie piwo, pooglądajcie film, powiedzcie komuś, jak bardzo jest dla was ważny...  Albo potańczcie :)


piątek, 22 marca 2013

Autobusy i tramwaje

Najciekawsze w mieszkaniu w dużym mieście jest jeżdżenie tramwajami. Obojętne, co byście nie mówili, jest to miejsce, gdzie wszystko może się wydarzyć. Kanary 10x dziennie plus oburzony głos pani w kapeluszu z dużym rondem: "ile jeszcze będziecie mnie sprawdzać?!", cygańskie dzieci zarabiające na swoją "biedną" rodzinę graniem na akordeonkach, które są szersze od nich, pan motorniczy, który nigdy nie zaczeka na studenta usiłującego w ostatniej sekundzie otworzyć magiczne wrota, bezczelność starszych pań rozpychających się na siedzeniach i nastolatek gadających przez komórki o wiele, wiele za głośno. No, jakież to fascynujące! :)
Nie mniej jednak jaka to satysfakcja, kiedy wysiadasz z tramwaju i za 30 sekund podjeżdża twój autobus - niektórzy nazwą to szczęściem, ale to jest sukces! Na miarę światową oczywiście. Cóż, że światem jest tylko dzielnica twojego ulubionego miasta.
A jeszcze scenka z dzisiaj: to uczucie, kiedy wsiadasz do autobusu, a tam na wyświetlaczu (na który patrzysz notabene tylko raz na ruski rok) "imieniny Katarzyny i Bogusława". I od razu masz lepszy humor, mimo korków i tysiąca (nie zdziwiłabym się) ludzi, którzy stoją obok ciebie i ciężko dyszą. A jak komuś się jeszcze zachce stracić równowagę albo zatnie się automat... Albo kiedy czujesz się jak w tunelu aerodynamicznym, bo tramwaj nagle zaczął wjeżdżać na właściwy tor.
Nie mniej jednak, mimo tego wszystkiego, życie jest piękne :) Autobusy i tramwaje, we wszystkich miejscach świata, są niesamowitym źródłem dobrego humoru! Możecie się zgadzać albo i nie, ale kiedy przez głośnik w autobusie słyszę miły głos pani, którą - Bóg to jeden wie, dlaczego - widzę w wyobraźni jako długonogą blondynkę (nieważne, że tak właśnie widzę większość kobiet, które mają słodki głos, if you know what I mean ;)) i która mówi nazwę przystanku "Zameczek Leśny - na żądanie"* (to nic, że w promieniu kilkuset metrów nie ma tam żadnego zameczku, tylko nieprzebyte knieje, znaczy zwykły las, a w ogóle "zameczek na żądanie" głosem niczym z taniego romansu?!) - aż chce się żyć! :)
I choć wszystko gna swoim torem, a Kraków sterowany napędem na cztery koła czasem "potyka się o własne nogi" - to w końcu dziś jest piątek, weekendu początek, więc głowy do góry, prosto w chmury!
Do następnego Kochani ;)


* autobus KZK GOP linia 6, trasa Katowice Stawowa-Gliwice Plac Piastów.

wtorek, 19 marca 2013

Nadchodzą zmiany!

Na całym świecie się jakoś ostatnio pozmieniało, nowy papież i tak dalej, więc i mój blog postanowił (a właściwie ja to zrobiłam za niego, wiem, to oczywiste pogwałcenie jego praw ;)) się zmienić. Lekko, delikatnie, jak przystało na blog, nie można tutaj uprawiać wielkich szaleństw. Ale, jak już pewnie zwróciliście uwagę, pojawiły się nowe karty (strony), do których można się dostać. Są to:
1. Wiersze - strona z moimi utworami, które skrobię od około 2007r. z licznymi przerwami. Tutaj na razie znalazły się te przeniesione ze strony http://uczuciamysli.blog.pl - później zacznę dodawać inne, nowsze i starsze, także to możecie śledzić :);
2. Zdjęcia, obrazki - jak sama nazwa wskazuje; zdjęcia, które kiedyś zrobiłam albo ktoś zrobił - ważnych, ciekawych albo całkiem zwyczajnych miejsc, te ze mną w roli głównej, ale też te, które wydają mi się śmieszne czy po prostu zasługują na to, by je tu umieścić;
3. Muzyka, która mnie inspiruje - chyba najciekawsza strona w tym całym blogu ;) - kawałki, których słucham co jakiś czas, które gdzieś tam zawsze powracają "w obieg" albo te, które mnie raz a dobrze urzekły czy zainspirowały chociażby do tworzenia. Na razie jest ich tam tylko 2, później będę dodawać po kolei więcej, także don't worry :)
Poza tym absolutnie WSZYSTKO możecie wyszukać za pomocą magicznego okienka "Szukaj".
To chyba tyle jeśli chodzi o zmiany :)
Dzisiaj już wtorek; nie mam zielonego pojęcia, kiedy minął mi poniedziałek :) Oczywiście wieczorem byłam na spotkaniu Alfy u Franciszkanów - szczerze mówiąc, niesamowite miejsce, od razu człowiekowi wraca humor, nie mówiąc już o tym, że poznaje się nowych ludzi. Wczoraj do naszej grupki (której sołtysem jest Adam ;)) dołączyły kolejne osoby, co było naprawdę bardzo miłe, posiedzieć i posłuchać o nich, ale też o tym, jakie mają poglądy i wymienić się nimi. A temat? "Kim jest Jezus?" Bardzo intrygujący, prawda? ;)
A dziś z kolei spotkałam się z Martą, która chodzi do szkoły Montessori i którą "uczę" w ramach wolontariatu języka polskiego, tzn. pomagam jej w czytaniu, pisaniu itp. Myślę, że poza ogólną przyjemnością z tego, że obie (jak widać) dobrze się czujemy w swoim towarzystwie i Marta chętnie pracuje, jest to dobre doświadczenie, że tak powiem, "zawodowe". Już samo przygotowanie tekstów sprawia mi dużo satysfakcji, a co dopiero kiedy uda mi się przekonać do nich Martę... ;)
Kolokwium ze staropolskiej zbliża się wielkimi krokami...
Ale nie martwię się tym tak bardzo, w końcu życie jest piękne, nie sądzicie? Dla mnie tak, zwłaszcza, że jutro przyjeżdża mój Kochany, a poza tym weekend też się zapowiada ciekawie... :)
Dzięki za miłe słowa co do mojej pioseneczki. Motywuje mnie to do następnych, więc możecie zacząć się bać :p
Napiszcie mi (komentarze nie gryzą), jak żyjecie, generalnie co was pasjonuje i tak dalej. Może popasjonujemy (:D) się razem? ;)
Trzymajcie się i do następnego postu! :)

niedziela, 17 marca 2013

Friday, Saturday, Sunday...

Oficjalnie ogłaszam, że skończył się weekend. To znaczy, właściwie, mamy go jeszcze jakieś cztery godziny - warto to wykorzystać - ale koniec tuż, tuż. Smutno, nie? Tak szybko wszystko się dzieje, leci dzień za dniem. Można powiedzieć, że na tym weekendzie nie zrobiłam prawie nic, bo i nie było mojego Kochanego, i opanowało mnie słodkie lenistwo (za które pewnie drogo zapłacę...), a mam wrażenie, że czas ucieka mi przez palce. Nagle z dziesiątej rano robi się dziewiętnasta, i gdzie te dziewięć godzin? Nie mam pojęcia! To takie przerażające. A jutro poniedziałek i tradycji stanie się zadość, że Kasia przyjdzie na uczelnię i przez dwa zajęcia nie będzie ogarniała co się do niej mówi ;) Chociaż nie, może nie będzie tak źle, w końcu zrobiłam postęp w edukacji i przeczytałam tekst na pedagogikę. Teraz, mimo że mój program tekstowy nie toleruje plików .pdf i ciągle się wiesza, pokonuję szóstą stronę psychologicznego tekstu o agresji. Boże, jaką jestem pilną studentką!... Teraz właśnie trwa moja piąta przerwa w czasie czytania tego ;) Nie no, żarcik... :)
Wczoraj się chwaliłam, że napisałam piosenkę. Dzisiaj, jeśli się nie obrazicie, wam ją pokażę. W ramach wspierania młodych nieutalentowanych artystów proszę się nie śmiać i nie burzyć moich wzniosłych marzeń o uzyskaniu stypendium z tego tytułu, że wyję jak pies z kotem! :)
Instrukcja obsługi jest taka: najpierw czytamy tekst, później słuchamy (albo jednocześnie, jak ktoś jest tak wybitnym mózgiem), a następnie komentujemy. Bez słodzenia i bez nieuzasadnionego krytykowania (mam wymagania, wiem :D).
Bardzo proszę, to wesoła twórczość ma - dziękuję na dziś, ta da! :)

"Uśmiecham się do ciebie" (edit: 16.03.13)
Kiedy jest dziwnie i sprawy idą źle,
kiedy upadam i nie wiem, czego chcę,
kiedy się boję i wszystko traci sens
to wtedy właśnie do ciebie uśmiecham się

Kiedy drzwi nagle zarygluje ktoś
i kiedy krzyczę, że mam już tego dość,
kiedy mi w oczy śmieje się świat
rozwijam najpiękniejszy uśmiechu kwiat

Ref.: Bo czym jest noc, gdy śpisz cicho obok?
Czym zamieć śnieżna, gdy idę w nią z tobą?
I z uśmiechem, przyjacielem najdroższym z błogich lat
o wiele piękniejszy staje się nasz wspólny świat.

Kiedy dotykasz rankiem mojej dłoni
i kiedy w ramionach twoich wiem, że mnie obronisz,
kiedy biegniemy za ręce i bez sensu krzyczę
to wtedy na uśmiech twój tylko liczę

Gdy się denerwujesz wśród ulicznych świateł
i gdy znów reklama chce zrobić z ciebie tatę,
gdy czujesz mój ciepły oddech wieczorem
twój uśmiech niech jaśnieje znów pięknym kolorem.

Ref./x3

http://w539.wrzuta.pl/audio/0MCIWOLNd0G/usmiecham_sie_do_ciebie

PS: Przepraszam za małą siłę głosu i jakość, ale to wina wrzuta.pl, u mnie działało lepiej.

sobota, 16 marca 2013

Sobota, wieczór.

W sobotni wieczór, po dniu spędzonym na wielu różnych, dziwnych rzeczach (jak to zwykle człowiek robi) typu jeżdżenie tramwajem i zakupy (oczywiście "ciuchowe":)), siedzę u siebie w "krakowskim" pokoju. Zapaliłam dzisiaj waniliową świeczkę. Jakie to uspokajające patrzeć na płomień - od samego patrzenia robi się ciepło. Jakie to przyjemne czuć zapach, oddawać się temu bez końca. Jakąś sekundę temu, ledwie napisałam poprzednie zdanie, zgasła. Szkoda. Czasami tak samo gaśnie ludzkie życie - wtedy też jest smutno i przykro. Tylko że ze świeczką (w zasadzie wkładem) jest tak, że za chwilę zapalę następną i dalej będzie tak samo pachnieć. Kiedy rodzi się następny człowiek, "pachnie" już inaczej.
Jakie refleksje mogą człowieka nadejść o tej porze i to tylko z powodu jednej świeczki! :)
10% baterii w telefonie - miga czerwona lampka. Ile świateł mam dzisiaj wokół siebie. Ale to jednak miłe, że ci inteligentny telefon podpowie, ile jeszcze masz dokładnie procent do wykorzystania.
Z tego całego czytania książek (zaparłam się wreszcie żeby zdać kolokwium nie tylko na streszczeniach - bądźcie ze mnie dumni!) i tak dalej, napisałam piosenkę. O uśmiechu i o nim, bo w sumie to tak trochę tęskno mi się zrobiło - w związku z weekendem - za tym moim kochanym głupkiem :)
Rachunek sumienia na koniec dnia? Znowu nie udało mi się rzucić podjadania chipsów. To chyba już nałóg, niestety. Hm, mam kilka swoich "fetyszów" ;) Mam nadzieję, że nie wiecie jak to jest, że macie jakieś mniej nabijające kalorie uzależnienia. Czy nie? Podzielcie się w komentarzach :)
Więc (n i e  z a c z y n a  s i ę  z d a n i a  o d  " w i ę c ") za chwilkę położę się spać. O dziwo ostatnio znowu zaczęłam śnić! Ale sny potrafią nieraz płatać różne figle, jak się zaangażujesz w sen, to później ciężko wrócić do rzeczywistości. Nie wiem, czy też tak macie, że kochacie spać, ale ja tak i to bardzo!
No to pchły na noc, karaluchy pod poduchy! A że to jest pierwszy post, to witam znaczy dobranoc i zapraszam jutro :)