piątek, 16 sierpnia 2013

Jeśli nie jesteś szczęśliwy dziś...

Zrobiło się nagle cicho i ciemno, jakby ktoś powyłączał wszystkie światła na ziemi, łącznie i zwłaszcza z księżycem, który wydawał się mieć w głębokim poważaniu to, co przeciętny człowiek chciałby zrobić z jego pomocą i po prostu się schował. Ze słońcem i księżycem jednak nie można bawić się w chowanego, bo one zawsze wygrywają. Przyniosłam z domu małą latarkę i zaczęłam wspinać się na górę. Ktoś, kto zobaczyłby mnie w tym momencie, pomyślałby "wariatka" albo "co ona wyprawia?" i miałby zupełną rację. Próbowałam wdrapać się na wzgórze o pierwszej trzydzieści dwie, w dopiero co zaczynający się piątek, najprawdopodobniej w najciemniejszą noc tego roku. Nie byłam dziewczyną, która ma nierówno pod sufitem, a przynajmniej nikt mi tego do tej pory nie powiedział, więc wytłumaczenie mogło być tylko jedno: po prostu musiałam.
Dookoła mnie rozciągał się las, którego w dzieciństwie zawsze bardzo się bałam. Uważałam, że mieszkają tam potwory, które pragną mnie pożreć jak tylko wyjdę z domu. Długo, oj długo zajęło mojej mamie przekonywanie mnie, że nikt nie chce mnie zjeść, a już na pewno nie w środku dnia, kiedy wszystkie grzeczne dzieci idą do przedszkola albo do szkoły, a dorośli do pracy. Cóż, miałam niezłą wyobraźnie jak na takiego szkraba. Teraz las wydawał się niesamowicie straszny, ale już się go nie bałam, bo wiedziałam, że nic mi się nie może stać. Przecież teraz to ja byłam dorosła, teraz to ja napędzałam świat.
- Huuu, huuu! - gdzieś daleko odezwała się sowa. Zaraz po tym poczułam blisko twarzy trzepot skrzydeł, który na szczęście po chwili się oddalił. Na razie szłam płaską ścieżką, ale widziałam już początek stromego wzniesienia. Latarka dawała słabe światło.
- Nie mogę się poddać, nie mogę się poddać. – zarecytowałam, a że wydało mi się to głupie, zaczęłam śpiewać. – Nie poddaję się, nie mogę, nie, nie, nie!...
Wydawanie z siebie jakichkolwiek dźwięków w lesie w środku nocy, gdzie o tej porze większość rozsądnych ludzi spodziewa się zaczajonych pedofili albo innego rodzaju zboczeńców, albo całkowicie nawiedzonych starszych kobiet, które przygotowują swoje mikstury, a później odlatują na miotłach w niebyt (no, dobrze, trochę poniosła mnie wyobraźnia), było naprawdę odważną sprawą.
Nie czułam się jednak taka wyjątkowa. Chciałam po prostu wdrapać się na sam szczyt.
Droga ciągnęła się niemiłosiernie, ale nie przestawałam iść. Po dwóch minutach od momentu, gdy ścieżka leśna zmieniła się w szlak górski, zaczęłam liczyć własne kroki, żeby się nie potknąć i nie spaść. Bądź co bądź była noc, a ja nie należałam w tym czasie do osób, które ucinają sobie poobiednie drzemki, żeby później czuwać.
Dziwicie się pewnie, dlaczego szłam tam sama, czemu nie wzięłam ze sobą kogoś innego, skoro moja wyprawa musiała się już odbywać o tak nietypowym czasie. To proste: nie pomyślałam o tym. W chwili, gdy wpadł mi do głowy pomysł, żeby się tu wspiąć, nie było przy mnie żywej duszy, więc teraz, wiedziona nadzieją, że jednak sobie poradzę, też nie sądziłam, by ktokolwiek inny mógł mi się przydać. To głupie, powiecie. Pewnie, że tak. Loty w kosmos też wydawały się głupie, a teraz wszyscy się nimi zachwycają. Moja filozofia jest prosta: jeśli nie jesteś szczęśliwy dziś, nie będziesz nim też jutro.
Po godzinie unikania wystających korzeni i świecenia latarką po tak zwanej okolicy (w razie gdyby jednak jakieś zwierzątko chciało mnie zaatakować), postawiłam stopę na pierwszym równym terenie. Od razu zrobiło mi się przyjemniej. Zaczęłam szukać jakiegoś miejsca, gdzie mogłabym na chwilę usiąść. Wokół mnie trwała cisza, zakłócana tylko przez szum trawy. Byłam na otwartej przestrzeni.
- Co tu robisz? – zabrzmiał czyjś gruby głos.
Serce podskoczyło mi do gardła. Czyżby opowieści o zboczeńcach miały w sobie coś z prawdy? Potrząsnęłam głową. Głupia, pomyślałam, jesteś w górach, nie w jakimś zwykłym lesie. Nie dodało mi to jednak otuchy. Szybko zlustrowałam teren światłem latarki. Mężczyzna przysłonił oczy.
- Hej, jestem tu pokojowo! – zaśmiał się i podszedł do mnie bliżej. – Błagam, nie chcę oślepnąć.
Miał krótkie, ciemne włosy, ale nie wyglądał jak jeden z amantów filmowych. Krzywe zęby wystawały zza pełnych warg, które co chwilę oblizywał. Ręce zaczęły mi drżeć. Broń Boże nie daj tego po sobie poznać, ostrzegałam samą siebie. Jeszcze gotów pomyśleć, że się go boisz. Zapewnienie, że jest tu pokojowo, nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia. Co to w ogóle za słowa, w środku w nocy w górach? Skąd ten typ się tu wziął? Do tej pory uważałam, że tylko ja wpadam na tak szalone pomysły. Jak widać – pomyliłam się.
- Umiesz mówić? - zapytał, robiąc jeszcze jeden krok w moją stronę. Ostrzegawczo wysunęłam rękę z latarką do przodu. 
- Ani kroku dalej. - powiedziałam, a mój głos zabrzmiał jak jęk zgubionego zwierzątka. Mimo to przybrałam groźną, wydawało mi się, bojową minę. 
- Daj spokój, kobieto. - powiedział poważnie. Po obejrzeniu co najmniej tysiąca horrorów moje wyobrażenie o takich scenach wyglądało zgoła inaczej. Mógłby na przykład rzucić się na mnie, wydając dziki okrzyk. Albo udać, że daje nogę, a tak naprawdę zaczaić się i dopiero po chwili mnie unieruchomić. Nic z tego, ten gość po prostu stał i mówił do mnie! - Nie wiem, co tu robisz, ale ja tu mieszkam, więc jeśli ci to nie odpowiada, to proponuję zejść po jakąś broń, bo tym na pewno mnie nie załatwisz. 
Zrobiłam wielkie oczy.
- Mieszkasz TUTAJ?! 
Rozejrzałam się. To był górski szlak, prowadzący na jedno z najbardziej stromych wzniesień w okolicy. Żadnych jaskiń i różnych takich. W dzień to miejsce było pełne turystów, którzy ciężko dyszeli i ostatkami sił wdrapywali się na górę. Poza tym tylko trawa i na dole las. A może...
- Mieszkasz w lesie? - moja ciekawość zdecydowanie zwyciężyła nad strachem przed nieznajomym. Zaśmiał się. 
- Dobrze dedukujesz. Jestem wilkołakiem, a teraz wyszedłem sobie na spacerek. 
- Słaby żart. 
Wpatrywałam się w niego i miałam świadomość, że wyglądam całkowicie głupio, ale czy on nie wyglądał równie beznadziejnie, w dodatku wmawiając mi takie rzeczy?
- No dobrze. - westchnął. - Mieszkam tu w nocy, rozbijam namiot. A rano udaję, że się wspinam, tak jak wszyscy. 
- Dlaczego? - to jedno pytanie mnie nurtowało. Jak tu przeżywał, nie było aż takie ważne, ale po co? 
- Nie jestem dobry. Nigdy nic w życiu mi nie wyszło. Zawsze byłem krok do tyłu, za innymi. Niedawno wybrałem się tutaj, żeby wyjść na górę, ale po pokonaniu pierwszego odcinka zobaczyłem, że koledzy idą szybciej ode mnie. A ja nie mogłem złapać tchu. Pomyślałem, że w takim razie mogę tu zostać. I tak zawsze będę gorszy, więc zostanę na tym, co już mam. - uśmiechnął się blado. 
Zaniemówiłam. Ten mężczyzna miał najwyżej dwadzieścia kilka lat, a mówił o swoim życiu jak o największej przegranej. To było zdecydowanie dziwne.
- Może usiądziemy? - zaproponował po chwili milczenia. Właściwie chętnie poszłabym już dalej, bo miałam do przejścia jeszcze sporo, ale nie mogłam tak tego zostawić. Skinęłam głową i przeszliśmy na trawę, gdzie był rozłożony koc. Usiedliśmy na nim. 
- A ty? - usłyszałam nagle. 
- Co ja? 
- Co ty tutaj robisz? To nie jest jedna z tych nocy, kiedy ludzie idą oglądać wschód słońca albo coś w tym rodzaju. Strasznie dziś ciemno.
Westchnęłam. 
- Masz rację, ale nie uzyskasz ode mnie mądrej odpowiedzi. Po prostu nie wiem. 
- Jak to nie wiesz? - w jego głosie było szczere zdziwienie. 
- To głupie, ale poczułam, że muszę dzisiaj wejść na górę. To wszystko. 
Zapadła cisza. Znowu można było usłyszeć szum trawy, którą delikatnie poruszał wiatr. Jest tu pięknie w dzień, pomyślałam. Dlaczego wybrałam najciemniejszą noc?
- Chowasz się. - powiedział mężczyzna. 
- Wcale się nie... - zająknęłam się, a później poczułam coś słonego na wargach. No tak, moja funkcja szybkiego wywoływania płaczu jest niezawodna nawet wtedy, gdy jej nie chcę. Próbowałam zasłonić twarz włosami. Nagle zdałam sobie sprawę, że to przecież tak ciemna noc, że na pewno nic nie będzie widać. 
- Chowasz się i uciekasz. Tylko przed czym?
- Przed samotnością. - szepnęłam.
Następny odcinek drogi po szlaku przeszliśmy w milczeniu. Tak, mężczyzna poszedł ze mną. Uprosiłam go, żeby chociaż spróbował. Bardzo się ociągał, ale w końcu, czy ktoś może odmówić kobiecie w środku nocy, z wycelowanym prosto w oczy światłem latarki? Chyba nie.
Noc była rzeczywiście ciemna, ale szłam dokładnie tam, gdzie mój towarzysz stawiał nogi, więc tylko kilka razy lekko się potknęłam. Patrzyłam na plecy mężczyzny i słyszałam jego ciężki oddech, który próbował zatuszować. Nie chciał okazać się mięczakiem, który nawet w nocy (temperatura nie była zbyt wysoka, mówiąc delikatnie) nie potrafi wyjść pod górę. Jednak po drugim podejściu już dyszał. 
- To nie ma sensu, mówiłem, idź beze mnie dalej. - jęczał. Zasłoniłam sobie uszy, śmiejąc się.
- Nie ma takiej opcji. Albo wejdziesz, albo zabieram twój namiot i nie będziesz miał gdzie spać. - zagroziłam, chociaż nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. On jednak widocznie nie miał wcale zamiaru zrezygnować, bo tylko przetarł dłonią czoło i powiedział: 
- No to ruszamy. 
Droga ciągnęła się wśród traw, a kamienie pod naszymi stopami równo postukiwały, kiedy je przesuwaliśmy. Nie była to najłatwiejsza wędrówka, ale tempo dorównywało temu, jakie moglibyśmy osiągnąć w dzień. Przy trzecim podejściu ze zdziwieniem zauważyłam, że księżyc jednak wisi na niebie i daje światło. Co za ulga. Więc jednak nie była to najciemniejsza noc, co najwyżej trochę ciemniejsza niż pozostałe.
Na szczycie zaparło mi dech w piersiach. Nie od nadmiaru świeżego powietrza, ale po pierwsze dlatego, że mój towarzysz przy ostatnich trzech krokach włożył w nie tyle wysiłku, ile tylko w sobie miał, a później uśmiechnął się najszerzej jak umiał. Po drugie dlatego, że poczułam się wolna, naprawdę wolna, od całego tego życia, które wydawało mi się takie straszne tam, na dole. Tutaj było po prostu pięknie, chociaż nie było widać prawie nic. W ciemności zobaczyłam, jak mężczyzna podchodzi do mnie. 
- Nie mogę uwierzyć, że tu doszedłem.
Popatrzyłam na niego i przyszły mi do głowy słowa, których w normalnych warunkach pewnie nigdy bym nie powiedziała: 
- Nie mogę uwierzyć, że nie jestem tu sama. 
Później usiedliśmy tam, gdzie staliśmy, tak po prostu, i ramię w ramię słuchaliśmy ciszy, aż zrobiło się jasno i mogliśmy zejść na dół. Mijaliśmy ludzi, którzy z samego rana postanowili wydrapać się na szczyt. Pomyślałam o tym, po co oni idą na szczyt i co ze sobą niosą. Może brak wiary w siebie albo samotność, zniechęcenie albo smutek? Pozdrawiałam ich i cieszyłam się, że mogę widzieć ścieżkę i nie potrzebuję już latarki.
Moja filozofia jest prosta: jeśli nie jesteś szczęśliwy dziś, zrób tak, by być nim jutro.

2 komentarze:

  1. Filozofia jest prosta tylko pozornie :)
    "Is­tnieje cel, lecz nie ma dro­gi; co na­zywa­my drogą jest ciągłym wa­haniem."

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne opowiadanie :) Idealnie nadawałoby się w miejsce krótkich opowiadań jak u Bruno Ferrero :) Będę wpadać częściej !

    OdpowiedzUsuń