Dzisiaj spędziłam w kuchni całe 40 minut (rekord na ostatnie czasy) i przy krojeniu cebuli popłakałam się jak bóbr. I jak to zwykle ze mną bywa, przyszły mi do głowy różne myśli. Na przykład przypomniał mi się tekst Shreka, ten w stylu: "cebula ma warstwy, ogry mają warstwy" :) Ale nie o tym. Najlepsze w krojeniu cebuli jest to, że można się przy niej rozpłakać. Dziwne? Jak można być z tego zadowolonym?! Po pierwsze - to takie normalne i bezkarne, płakać przy krojeniu cebuli. Nie musisz się głupio tłumaczyć, że coś ci wpadło do oka albo słuchać męczącego: "nooo, uśmiechnij się". Po drugie - nie trzeba być zawsze twardym, gdy pozwalasz "cebulowym" łzom płynąć, okazuje się, że docierają do ciebie bodźce: szczypanie oczu... Tak bardzo jesteś człowiekiem, gdy okazujesz słabość, że nie jesteś w stanie powstrzymać odruchów. Po trzecie, najważniejsze chyba - doszłam do wniosku, jak cudowny byłby świat, gdybyśmy płakali tylko przy krojeniu cebuli. Gdyby nie było tych wszystkich raniących słów, które stają w gardle i wywołują wilgotność oczu. Gdyby tylko te - de facto zupełnie puste - słowa: "nie płacz" nie były wcale potrzebne.
Wczoraj padał deszcz. Mówi się, że wtedy niebo płacze. Śmieszne, a może prawdziwe, nie wiem. Jak myślicie?
Już nie dziwię się temu, że przy "cebulowym" płaczu nikt nie czuje się zażenowany, a przy "prawdziwym" tak. W końcu przy tym drugim chodzi o uczucia.
A na koniec coś na uśmiech, żeby nie było tak ponuro w tym poście :):
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz